staruszek 2.0

2009-11-12

Ostatnio obejrzane.

Zaszufladkowany do: ostatnio obejrzane — staruszek @ 13:44:40
Tags: , , , ,

Pora na kolejny zbiór uwag o paru filmach, które zdarzyło się ostatnio obejrzeć w kinie.
Na pierwszy ogień idą “Bękarty wojny” (Inglourious Basterds). Podobno do nakręcenia tego filmu Tarantino przygotowywał się przez 10 lat. Myślę, że było warto czekać tyle. Powstał chyba (Kill Bill jest mimo wszystko odrobinę gorszy) najlepszy film tego reżysera od czasów “Pulp Fiction”.
Już pierwsza obszerna sekwencja jest znamienna dla całego filmu. Zostajemy poinformowani, że akcja toczy się “Pewnego razu w okupowanej przez nazistów Francji” (skojarzenia z filmami Sergio Leone jak najbardziej słuszne, wzmacniane zresztą przez motywy muzyczne Ennio Morricone). Do wiejskiego gospodarstwa, w którym mieszka ojciec z trzema ślicznymi córkami, przybywa oficer SS Landa wraz z eskortą. Grzecznie wprasza się do domu, prosi o szklankę mleka, chwali… krowy i zaczyna się dialog. Tarantinowski dialog. I tak jest przez cały film – prawie każda sytuacja jest tu napięta do granic możliwości, co o dziwo, zamiast irytować, daje jakąś przyjemną satysfakcję.
Można pisać o zabawach konwencjami, hołdzie kinu, czy innych tego typu górnolotnych stwierdzeniach, ale najnowszy film Tarantino, to po prostu świetnie opowiedziana i nakręcona historia. I w dodatku jeszcze bardzo śmieszna. Jak zwykle u Tarantino muzyka jest genialna, a dobór obsady rewelacyjny (wspaniały Christoph Waltz, czyli człowiek, który zakasował Brada Pitta). Do obejrzenia obowiązkowo.
Nikt tak wspaniale nie potrafi ratować świata (wieżowca/lotniska/miasta) jak Bruce Willis. Zwłaszcza młody Bruce Willis, z takim mnóstwem włosów, jakich nigdy przedtem jego czaszka nie widziała. No chyba, że cofniemy się 30 lat w przeszłość, albo damy Bruce’owi zastępcę.
“Surogaci”, bo o tym filmie mowa, jest dla mnie niewykorzystaną szansą. Szansą na ambitne kino SF/akcji. Szansą okrutnie zaprzepaszczoną. Film jest zdecydowania za krótki, przez co historii opowiedzianej w filmie brakuje głębi i rozmachu. W 90 minutach naprawdę nie da się zmieścić jeszcze czwartego – oprócz pomysłu SF (wprowadzenie w konwencję i historię przyszłości też jest zresztą dość skrótowe, w formie prostackiego głosu z offu na napisach początkowych), kina akcji oraz dramatu jednostki i społeczeństwa – elementu czy wręcz gatunku filmowego. Od strony wizualnej (znacznie tańszy “Dystrykt 9″ wypada o niebo lepiej) też nie jest zbyt rewelacyjnie. Szkoda, bo ten film mógł być znacznie lepszy. I jedynie Bruce nie ma się czego wstydzić – znów uratował świat.
Znacznie lepiej wypada pod tym względem debiut Neill’a Blomkamp’a – “Dystrykt 9″. Mimo dość naciąganej historii kontaktu z obcą cywilizacją (dlaczego przedstawiciele pozaziemskiej cywilizacji dysponujący najnowszymi technologiami zachowują się jak neandertalczycy?; dlaczego ciemiężeni przez ludzi kosmici nie wpadli nigdy na pomysł, by użyć do obrony swej supernowoczesnej broni?; dlaczego nikt przez dwadzieścia lat od znalezienia na statku uchodźców nie chciał zbadać jego wnętrz?) ogląda się to nadspodziewanie dobrze. Duża w tym zasługa reżysera, który ma po prostu pomysł na zaintrygowanie widza – wprowadza go w ten świat za pomocą pseudodokumentu, w którym szereg osób wspomina niedawne wydarzenia, co jest dodatkowo ilustrowane archiwalnymi zdjęciami z głośnej akcji. Wszystko to jest tak poprowadzone, że nie tylko nie mamy pojęcia, w jakim kierunku pójdzie film, ale nawet przez pierwsze pół godziny nie wiemy, kto w ogóle będzie głównym bohaterem tej opowieści. Potem formuła się wyczerpuje, ale na drugą połowę filmu Blomkamp ma zupełnie inny pomysł. I tak od historii o społecznym zacięciu przechodzimy do efektownego kina akcji, bardzo dobrze zrealizowanego i w żaden sposób nie zaprzeczającego wcześniej przyjętej konwencji. Znakomicie – jak na przyjęty budżet 30 milionów dolarów – prezentują się efekty specjalne. Za takie kwoty Michael Bay kręci sceny dialogów, a tu wystarczyło na wiarygodne pokazanie świata przyszłości, na świetną wizualizację kosmitów, no i na efektowną feerię eksplozji i futurystycznych strzelanin.
“Dystrykt 9″ jest niezłym filmem. Nieoczywista fabuła, wizje Obcych i relacji z nimi odrębne od przyjętych schematów, które przecież od lat zarzynają gatunek, solidne społeczne przesłanie, a wszystko to połączone w atrakcyjną rozrywkowo formę – takich filmów nam trzeba. Jeśli zaczyna się takim filmem jak “Dystrykt 9″, aż strach pomyśleć, jak dobry może być kolejny projekt Blomkampa. Na co z pewnością warto liczyć.

2009-09-21

Czerwone Wierchy: Kuźnice – Kasprowy Wierch – Goryczkowa Czuba – Kondracka Kopa – Małołączniak – Krzesanica – Ciemniak – Kościeliska Dolina – Kiry

Czerwone Wierchy to w zasadzie początek mojej przygody z Tatrami Zachodnimi (jeśli nie liczyć nieudanego epizodu z wejściem na Błyszcz i Bystrą w śnieżycy – w sierpniu, żeby było śmieszniej). Żeby było łatwiej postanowiłem wjechać sobie na Kasprowy Wierch kolejką (ta przyjemność kosztowała mnie 30PLN i około 40 minut oczekiwania w kolejce do kolejki). Kolejny kwadrans i oto znalazłem się na Kasprowym Wierchu (1987m npm), gdzie mimo wczesnej pory było już sporo ludzi. Korzystając z niezłej pogody (słonecznie, prawie bezchmurnie, ale za to bardzo wietrznie), większość z nich czerwonym szlakiem udawała się w stronę Świnicy i pewnie dalej na Orlą Perć. Ja, również czerwonym szlakiem, ale dokładnie w przeciwnym kierunku udałem się w stronę Czerwonych Wierchów.


Początkowo szlak wiedzie granią, w dół, by z czasem znowu zacząć się wznosić do góry. Podobnie jak jest to w przypadku Orlej Perci, szlak nie wiedzie samą granią, ale co chwilą ją opuszcza (czasami znacznie) wznosząc się i opadając, głównie po stronie południowej. Należy uważać w przypadku gorszej pogody i słabej widoczności – gdyż znakomita większość wypadków w okolicach Czerwonych Wierchów ma swoją przyczynę w pobłądzeniu i przejści na północną stronę, która opada w dół stromymi, skalistymi zboczami.
Dzięki takiemu poprowadzeniu szlaku czeka nas przyjemna, bezstresowa wędrówka mijając (przeważnie poniżej) Goryczkową Przełęcz nad Zakosy (1816m npm), Pośredni Wierch Goryczkowy (1874m npm) Goryczkową Przełęcz Świńską (1801m npm), Goryczkową Czubę (1913m npm), Suche Czuby (1799m npm), Suchy Wierch Kondracki (1890m npm), by wreszcie dostać się na Przełęcz pod Kondracką Kopą (1863m npm). Czas przejścia różny w zależności od warunków na szlaku (ilość ludzi) i naszego tempa – osobiście do w/w miejsca doszedłem w około godzinę, zaś kolejne naście minut zajęło mi wejście na Kondracką Kopę (2005m npm) – według wielu najłatwiej dostępny 2000-tysięcznik w Polsce (a zarazem pierwszy z Czerwonych Wierchów). Długo na nim nie zabawiłem, gdyż potężnie wiało, poniżej zaś dojrzałem kozicę i dopiero w tym miejscu (po jej uprzednim przepłoszeniu) postanowiłem zrobić sobie przerwę.


W czasie wędrówki, przy dobrej pogodzie, czekają nas wspaniałe widoki na Tatry Zachodnie – głównie te po stronie słowackiej, warto więc dobrze się rozglądać.
Około 30 minut wędrówki od Kondrackiej Kopy znajduje się kolejny z Czerwonych Wierchów – Małołączniak (2096m npm) – tu również (przez wzgląd na wiatr) nie bawię długo i szybko udaję się na Litworową Przełęcz (2037). To jedyne miejsce w czasie wędrówki, gdzie należy zachować szczególną ostrożność – szlak wiedzie kilka metrów od potężnej skalistej przepaści znajdującej się po prawej ręce (północnej stronie grani).


Od tego miejsca w 20 minut dochodzi się do najwyższego punktu na trasie – Krzesanicy (2122m npm) – od tego miejsca będzie już tylko w dół. Następny przystanek (po 30 minutach marszu) to Ciemniak (2096m npm) – ostatni z Czerwonych Wierchów. W tym miejscu warto sobie urządzić dłuższy postój, bo czeka na 2 i pół godzinne zejście zboczami Ciemniaka i dalej Twardym Grzbietem do Doliny Kościeliskiej. Zejście jest nużące jak cholera (nie wyobrażam sobie podejścia) wiedzie początkowo wśród traw, która stopniowo przechodzi w kosodrzewinę i las świerkowy – im niżej tym więcej muszek i innych owadów uprzykrzających zejście.


Przy końcu tego męczącego zejścia (które w moim przypadku całkowicie zatarło przyjemności z malowniczej wędrówki granią) przechodzimy przez Miętusi Potok i skręcamy w lewo na czarny szlak (warto się tutaj zatrzymać przy stoliku i ławeczce). Po kilku minutach dochodzi się do szlaku zielonego, który jest właściwie alejką spacerową po Dolinie Kościeliskiej. Skręcamy w prawo i w gąszczu ludzi oraz tumanach kurzu (jeżdżące furmanki) w przeciągu 20 minut dochodzi się do miejscowości Kiry, skąd w banalny sposób (bus) można dostać się do Zakopanego.

2009-09-18

Kościelec: Toporowa Cyrhla – Psia Trawka – Murowaniec – Karb – Kościelec – Murowaniec – Kuźnice

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 09:51:43
Tags: , , , , , , ,

Sylwetka Kościelca (2155m npm) od strony Murowańca robi wrażenie – patrząc, człowiek zastanawia się jak można wejść na ten niedostępny wierzchołek. Wśród niektórych moich znajomych panuje zresztą (niesłusznie) opinia, że Kościelec jest niebezpieczny i wolą wybrać się na Orlą Perć. Niestety od strony Kasprowego ta sylwetka wygląda już znacznie łagodniej i bardzo rozczarowuje. Według mnie na Kościelcu nie ma praktycznie żadnych trudności, a jeśli musiałbym już go porównywać z inną górą, to byłby to Krywań lub Mała Wysoka po słowackiej stronie.


Dla mnie Kościelec był wyjątkowy, gdyż udało mi się wejśc na niego dopiero za 4 podejściem (za pierwszym razem przegłosowali mnie znajomi, za drugim, w zimie, było za ciepło i przez to zbyt lawiniasto, za trzecim – pogoda była niepewna i burzowa). Nic dziwnego, że wybierając się w Tatry z zamiarem (po raz czwarty) wejścia na Kościelec, wybrałem wrzesień, gdy o dobrą pogodę najłatwiej. Wycieczkę na Kościelec najlepiej rozpocząć z Murowańca, niestety ponieważ w schronisku tym permanentnie brakuje miejsc (a kierownictwo wbrew swoim deklaracjom) nie robi nic, aby zmienić ten stan rzeczy, do Murowańca trzeba dojść.
Tym razem za punkt wyjścia wybrałem Toporową Cyrhlę (tanie kwatery), skąd bladym świtem (6 rano) czerwonym szlakiem udałem się na Psią Trawkę – polana na drodze, którą dowożone jest zaopatrzenie do Murowańca. Dojście w to miejsce zajmuje około godziny, stąd zaś czarnym szlakiem do schroniska jest kolejna godziny. Z Murowańca w około 30 minut dochodzę do Czarnego Stawu (Gąsienicowego oczywiście), gdzie robię sobie pierwszy postój. Z tego miejsca czarnym szlakiem udaję się w prawo na grzbiet Małego Kościelca i dalej do przełęczy Karb (1853m npm). Zajmuje mi to około 40 minut – w tym miejscu znajduje się tablica ostrzegająca przed niebezpieczeństwami dalszej wędrówki (spadające kamienie, urwiska, etc.), ale wierzcie mi, nie ma się czego obawiać. Szlak (nadal czarny) wiedzie zakosami (jak to się ładnie mówi, trawersuje) aż na szczyt Kościelca – wejście na wierzchołek zajmuje około 40 minut.

Na górze czekają nas wspaniałe widoki na Orlą Perć, Świnicę, Kozi Wierch, Kasprowy Wierch oraz okoliczne doliny, a także oczywiście na Czarny Staw, który stąd wygląda na malutki i niepozorny. Jeżeli wyruszyliśmy szybko, uda nam się unikną tłoku, gdyż Kościelec jest często odwiedzany o czym dobitnie mogłem się przekonać przy schodzeniu. Zejście wiedzie oczywiście tym samym szlakiem, co wejście – przynajmniej do Przełęczy Karb. Tutaj wybrałem drogę inną niż poprzednio – skręciłem mianowicie w lewo, skąd niebieskim szlakiem udałem się w dolinę, gdzie po drodze miałem możność ominąć Zadni Staw Gąsienicowy oraz Czerwone Stawki, by wreszcie dojść do kolejki krzesełkowej na Kasprowy Wierch – czas zejścia około godzina. Stąd jeszcze pół godzinny spacer do Murowańca na piwo. A ze schroniska godzina z niewielkim hakiem do Kuźnic.

Podsumowując, Kościelec, ze względu na swoją bliskość i łatwe podejście, trzeba uznać za doskonałą trasę rozruchową, ewentualnie trening przed dalszymi i trudniejszymi wycieczkami.

2009-09-07

Norman Davies – Od i Do

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 12:45:43
Tags: ,

“Od i Do”, czyli najnowsze dzieje historii Polski (od 1850 do 2005 roku) według historii pocztowej to najnowsza książka Normana Daviesa.
Historia pocztowa – co to takiego? Termin, może niezbyt szczęśliwy, oznacza historię opowiadaną na podstawie listów, pocztówek i znaczków pocztowych. A że od 1850 roku znaczki pojawiły się w prowincjach Cesarstwa Austriackiego i w Królestwie Prus (cesarstwo Rosji spóźniło się o 7 lat), Norman Davies opisuje Polskę właśnie od połowy XIX wieku, śledząc najróżniejsze przesyłki zarówno z ziem polskich w świat, jak i nadchodzące do nas z zagranicy.
Książka ta jest dość nietypowa dla twórczości Daviesa – nie jest to cegła (czyli książka w okolicach 1000 stron), tylko niezwykle starannie wydany album (w dwóch tomach) zawierający reprodukcje listów i kart pocztowych z każdego okresu historii Polski z w/w okresu. Norman Davies z pasją wyszukiwał ich od ponad 20 lat na pchlich targach i w antykwariatach na całym świecie aby podzielić się swymi odkryciami i przemyśleniami w tym właśnie albumie. Znajdziemy tutaj między innymi zaproszenie do odwiedzenia panny Moniki Gardner w Londynie, która przekładała Mickiewicza na angielski, kartkę umierającego rosyjskiego kawalerzysty, który żegna się ze swoim koniem (nadana w 1914 roku), życzenia świąteczne z 1981 roku, podpisane przez ks. Jerzego Popiełuszkę i wiele, wiele innych osobliwości.
Autor dodaje niewiele komentarzy od siebie. Raczej objaśnia, co można wyczytać z karty pocztowej, niż tłumaczy mikroskopijne historie osobiste, które znajdują się w listach i kartkach pocztowych. Jak podobno twierdzi sam Davies – “ten album chyba potwierdza w dużej mierze mój punkt widzenia na historię Polski w XIX i XX wieku, ale może być niespodzianką dla wielu Polaków. Dla nich istniała jedna wielka Polska, która przeżyła wiele różnych okupacji. Według nich okupacje były, minęły, a wieczna Polska została. Tymczasem nie do końca tak było…”.
Można się z tym zgadzać lub nie, ale na pewno historia Polski nigdy wcześniej nie została zilustrowana w ten sposób – to trzeba obejrzeć.

2009-08-17

Paweł Jasienica – Polska Piastów

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 18:31:08
Tags: ,

“Polska Piastów” to pierwszy tom cyklu esejów Pawła Jasienicy o burzliwej historii Polski przedrozbiorowej. Jak sam autor pisze w posłowiu: “jak każdy esej – zawiera tezy dyskusyjne. Esej ten zabarwia nie naukowa beznamiętność, lecz jej przeciwieństwo – ton osobisty, bezpośrednie, jak najmocniejsze zaangażowanie autora przemawiającego wprost i na własną odpowiedzialność”. I to właśnie jest najmocniejszą stroną tej książki: napisana jest żywym, ciekawym i barwnym językiem. Najdawniejszą historię Polski tworzyli ludzie i to właśnie oni są głównymi bohaterami historii “Polski Piastów”.
Styl Jasienicy jest naprawdę godny uwagi – wtedy nikt tak nie pisał książek historycznych (a i współcześnie Jasienicy może dorównać chyba tylko Norman Davies). Wszystko opisywane jest w sposób wyśmienity. Niczym średniowieczny bard, Jasienica roztacza przed nami piękno czasów Polski piastowskiej. Zachwyca czytelnika wspaniałymi opisami i świetnymi spostrzeżeniami. Autor pozwala sobie również na subtelny humor, który na pewno umila lekturę. Całość stanowi niezwykle pasjonującą lekturę, przy której można się zapomnieć i choć przez moment przenieść do tego, co było, pomyśleć o przeszłości.
Jasienica pozwala sobie na subiektywne przedstawianie historii. Nie ukrywa swojej sympatii/antypatii do poszczególnych postaci. Mówi wprost o tym, co było złe w okresie rozbicia dzielnicowego. Co ważne, autor nie idealizuje żadnej postaci. Dostrzega geniusz Kazimierza Wielkiego, mówi o jego wspaniałych zasługach, ale wspomina również o jego słabości do kobiet i skutkach, jakie to niosło dla władcy.
“Polska Piastów” pisana była w latach sześćdziesiątych minionego stulecia i jest to widoczne w kilku miejscach książki (przykład Biskupina) ale w niczym nie umniejsza wartości dzieła Jasienicy.
W swoim eseju o najdawniejszej historii Polski, autor powołuje się na badania archeologiczne oraz kroniki opisujące historię Polski. Co ciekawe Jasienica nie waha krytykować się samych kronikarzy i ich zapisków, co jeszcze zwiększa atrakcyjność “Polski Piastów”.
Książka wydana jest z dużą dbałością o czytelnika (duży plus dla wydawcy) – twarde i wytrzymałe okładki, dobry papier. Całość wzbogacają zdjęcia budowli, wykopalisk i map. “Polskę Piastów” czyta się rewelacyjnie, niczym dobrą powieść. Polecam wszystkim, nawet tym, którzy nie lubią historii – może dzięki tej książce zdołacie ją polubić. Naprawdę warto.

2009-07-27

Cytat na dziś.

Zaszufladkowany do: cytat na dziś — staruszek @ 18:57:20
Tags: , , ,

Germany invades Czechoslovakia.
Britain & France tell them to stop that bullshit.
Germany invades Poland.
(Russia also invades Poland from the other side: everybody forgets this.)
Britain & France declare war. This is the ‘official’ kick-off.
Italy, Bulgaria, Hungary, & Romania all join the German side. (Everybody forgets the last three.)
Axis forces go through Europe like vindaloo through a colostomy.
Nazis exterminate Jews, gays, gypsies, & the disabled. (everybody remembers the jews but forgets the rest.)
UK holds out.
Russia & the USA don’t do shit.
Entire divisions of Danish, Belgian, Dutch, Norwegian, French & Serbian volunteers join the Axis armies & SS. (everybody forgets this & to listen to them now, they were all in the fucking resistance, which must have been MASSIVE.)
Axis forces invade Russia. Suddenly the Russians don’t think it’s funny any more.
Japan joins the Axis & bombs Pearl Harbor.
Suddenly the US doesn’t think it’s funny any more.
The USA tools up the world, ’cause it’s got more factories than everybody else put together, & they’re out of bomber range.
Axis runs out of steam in Russia, cause Russia’s enormous & bloody freezing.
Allies invade on D-Day… 5 landings: 2 British, 2 American, 1 Canadian. (everybody forgets the Canadians.)
Hitler ends up smouldering in a ditch. Russians find the body & confirm he only had one ball. Seriously.
The US decides invading stuff is a pain in the ass and invents the atom bomb instead. Drops two buckets ‘o sunshine on Japan.
Russians steal half of Europe.
UK’s spent almost every penny it had.
US starts telling everybody how it was all about them, & 64 years later is still doing so.

2009-07-17

Italo Calvino – trylogia “Nasi przodkowie”

Italo Calvino to pisarz raczej mało znany w Polsce. Tym bardziej cieszę się, że miałem przyjemność poznania chociaż niewielkiego wycinka jego twórczości. Pisząc to mam na myśli intrygującą trylogię “Nasi przodkowie”, która sięga do baśni, podejmuje filozoficzne wątki, zachwyca przygodą, poetycznymi opisami, tworzy nowe mity i Bóg wie, co jeszcze.
Poszczególne części trylogii nie powalają objętością (najdłuższy, środkowy tom, ma raptem 323 strony), ale pod żadnym pozorem nie należy spodziewać się szybkiej i łatwej lektury – nie ma tu miejsca na prostą opowieść czy jednoznaczne przesłanie. Już tytuły poszczególnych tomów: “Wicehrabia przepołowiony”, “Baron drzewołaz”, “Rycerz nieistniejący” – zdradzają intrygującą fabułę i niebalne podejście do poruszanych tematów. I rzeczywiście tak jest – w trzech krótkich książkach mamy do czynienia z prawdziwą feerią tematów: obok filozoficznych rozważań o istnieniu człowieka pojawiają się awanturnicze przygody rozgrywające się na drzewach, poszukiwaniu pełni życia towarzyszą perypetie jak z komedii qui pro quo. Calvino bogactwem wątków spokojnie dorównuje Umberto Eco – tyle że w mikroskali, bo cała trylogia zajmuje tyle stron co jedno “Imię róży”.
Calvino w baśniowy sposób, często korzystając z narracji a la powieść przygodowa dla chłopców, opisuje życiorysy trzech bohaterów żyjących w różnych epokach i miejscach. Pierwsza i najkrótsza z książek (a jednocześnie najsłabsza), “Wicehrabia przepołowiony”, to historia Włocha, który udawszy się na wojnę do Czech, zostaje rozerwany na pół przez wybuch armatni. Do rodzinnego miasta wraca tylko część wicehrabiego – na dodatek ta gorsza część – i zaczyna broić. Ekscesy hrabiego próbuje zrozumieć młody bohater wraz z przyjacielem, doktorem Liveseyem (ukłon w stronę “Wyspy skarbów” Stevensona).
Najciekawsza z całej trylogii jest opowieść o Cosimie, bohaterze “Barona drzewowłaza”. W powieści o arystokracie, który postanowił przepędzić życie na drzewach, Calvino łączy ze sobą powieść przygodową dla chłopców i poważne rozważania na temat wolności ludzkiej. Dlatego Cosimo oprócz hasania po drzewach czy walki ze znienawidzonymi jezuitami (którzy nigdy nie przebaczają) próbuje stworzyć idealne państwo. W jego projekcie konstytucji nowej utopii uwzględnia się prawa nie tylko mężczyzn, kobiet, dzieci, innowierców, ale także “Zwierząt Domowych i Dzikich, nie wyłączając Ptaków, Ryb i Owadów, a także Roślin, zarówno Wysokopiennych jak i Ogrodowizny i Ziół”. Jeden ze swoich projektów baron przesyła Diderotowi, jednak bez powodzenia.
W “Rycerzu nieistniejącym” Calvino próbuje odtwarzać znane mity i legendy (Graal) – przy czym nie są one powtórzeniem tego, co już było, ale raczej współczesną wersją. Tak jest właśnie z rycerzem Karola Wielkiego, Agilulfem, który jest tak doskonały, że… wcale go nie ma. A jednak dokonuje wspaniałych czynów czy nawet – ujmijmy rzecz poetycko – obcuje cieleśnie z damą.
“Nasi przodkowie” to wspaniały kolaż literatury, a mamy tu prawie całą literaturę, łącznie z naukową refleksją, filozofią czy nawet narracją religijną – koniecznie należy przeczytać.

2009-07-15

Orla Perć: Żleb Kulczyńskiego – Przełęcz Krzyżne

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 15:23:46
Tags: , , , , ,

Moją ostatnią przygodę z Orlą Percią zakończyłem na żlebie Kulczyńskiego i – pomimo, iż odcinek ten przechodziłem jeszcze nie raz, nie było jakoś okazji do przejścia pozostałej części Orlej Perci. Nie było aż do teraz. Z mocnym postanowieniem przejścia Granatów i dalej, aż do Krzyżnego postanowiłem udać się w Tatry początkiem lipca mimo niepewnej pogody i nie najlepszych warunków panujących na szlaku. Udało się, ale było niezbyt wesoło.
Z Murowańca wraz z koleżanką (przeszła wcześniej Orlą 2 razy) wyruszyliśmy około 7:30. Na szlaku do Czarnego i dalej, do Zmarzłego Stawu nie spotkaliśmy nikogo. Niebo niebieskie, ale dużo chmur. Powyżej Zmarzłego Stawu pojawił się pierwszy śnieg – twardy, zbity i śliski. Od Zmarzłego Stawu idzie się najpierw żółtym szlakiem, następnie zielonym, aż dochodzi się do szlaku czarnego, który wiedzie słynnym Żlebem Kulczyńskiego na Przełęcz nad Buczynową Dolinką (2225m npm). Zdecydowanie lepiej mi się tędy schodziło niż teraz wchodziło. Było dużo śniegu, a część łańcuchów przysypana była śniegiem – czekan zdecydowanie dodawał nam otuchy. Niestety im wyżej wchodziliśmy, tym więcej chmur przybywało – co gorsza były to chmury coraz ciemniejsze.


Przejście Granatów nie jest trudne, bo idzie się tu mało eksponowanymi skałami. Jedyną trudność może sprawić nam postawienie dużego kroku nad szpiczastą skałą, która znajduje się po drugiej stronie nad 15-metrową przepaścią, w odległości 1,5 metra od nas. Nad tą szczeliną skalną wisi tylko jeden łańcuch. Większość turystów z niego nie korzysta, ponieważ jest za nisko zawieszony, a po przejściu na drugą stronę trzymamy się jedynie haka przytrzymującego ten łańcuch. Łańcuch ten służy jako ostateczność w przypadku ewentualnego upadku do tej szczeliny między skałami. Szczerze powiedziawszy – należy po prostu zejść trochę niżej i omijamy to miejsce z palcem w nosie.
Tuż przed szczeliną doskonale prezentuje się sławny Żleb Drege’a, szeroki i zachęcający swą łagodnością do bezpośredniego zejścia nad Czarny Staw Gąsienicowy. Nic bardziej błędnego. Po odcinku łatwym, teren zaczyna się spiętrzać, trudności rosną, a w końcu dzieli nas od stawu 100 metrowej wysokości wąziutka niemal pionowa rynna, której w żaden sposób nie da się przebyć bez ubezpieczeń i umiejętności zjeżdżania na linie. Niestety to miejsce widziało już wiele dramatycznych wypadków zakończonych tragicznie. W przypadku mgły należy zachować daleko posuniętą ostrożność, gdyż szlak nie jest zbyt dobrze oznakowany.
Po dojściu na Skajny Granat należy bezwzględnie urządzić dłuższy postój – coś zjeść i napić się. Mamy ostatni moment na zejście z Orlej Perci – żółtym szlakiem w ciągu około półtorej godziny można dojść w okolice Czarnego Stawu. Ci, którzy chcą dojść do Krzyżnego, czeka jeszcze około 2-godzinna walka z łańcuchami, kruchymi skałami, ciagłymi zejściami i podejściami.


Ze szczytu za pomocą systemu łańcuchów schodzimy do Granackiej Przełęczy (2177m npm). Samo zejście odbywa się po sześciennych, gładkich i zrębowych skałach, na których często nie ma gdzie postawić stopy. To zejście jest szczególnie męczące dla rąk. Schodząc dalej, w jej żlebie jest umieszczonych mnóstwo łańcuchów, ponieważ jest tu tak ślisko, że wielu idących tędy turystów ma problem z utrzymaniem się stabilnie na nogach. Trudność potęguje tu dodatkowo wystająca na całej długości, wzdłuż, w środku ścieżki, ostra, wąska ale bardzo długa skała, a buty trekingowe są tu za szerokie dla tego miejsca, przez co trudno utrzymać równowagę. Najgorsze jest to, że ścieżka zakończona jest 90-cio stopniowym zakrętem, za którą znajduje się przepaść.
Ciągle gonieni chmurami pokonujemy kolejne trudności w ekspresowym tempie. Wbrew powszechnej opini Orla Perć przez większą swoją część (a szczególnie od Granatów do Krzyżnego) nie wiedzie granią, a kluczy nią – co chwila wznosząc się i opadając, i biegnąc nieco poniżej grani. W ten sposób omija się Orlą Basztę, Wielką Buczynową Turnię, Małą Buczynową Turnię i inne tego typu wynalazki. Ten sposób poprowadzenia szlaku (ciągłe podchodzenie i schodzenie) to gotowy przepis na zabłądzenie (szlak nie jest zbyt dobrze oznakowany) i szybką utratę sił.


My ten odcinek pokonaliśmy z dusza na ramieniu – gonieni coraz ciemniejszymi chmurami i dobiegającymi z oddali grzmotami. Przejście tego odcinka przy dobrej pogodzie dostarcza z pewnością wielu atrakcji. Przy nieco gorszej pogodzie i śliskich skałach staje się prawdziwą walką o przetrwanie – niestety koleżanka nieco przeliczyła się z siłami i oceną sytacji – usiadła przed podejściem na Buczynowe Czuby i stwierdziła, że dalej nie ma sił iść. Na szczęście po dłuższym odpoczynku i telefonie do TOPR-u ruszyła powoli dalej.
Ruszyła w ostatnim momencie. Tuż po wejściu na Buczynowe Czuby zaczęły padać pierwsze krople deszczu. Na szczęście najtrudniejszy technicznie odcinek mieliśmy już za sobą, schodzimy do Buczynowej Przełęczy za pomocą ostatniego systemu łańcuchów, a dalsza droga na Przełęcz Krzyżne (2112m npm) jest już bardzo łatwa i prowadzi granią równym chodnikiem z kamieni. W tym miejscu pogoda załamała się zupełnie – rozpoczęła się ulewa połączona z grzmotami. W ciągu ułamka sekundy zupełnie nas przemoczyło (mimo kurtek i płaszczy przeciwdeszczowych). Dobiegamy do Krzyżnego i od razu zaczynamy w potokach wody zejście żóltym szlakiem do Doliny Pańszczycy i dalej mijając (już przy czystym, słonecznym niebie) Czerwony Staw do Murowańca. Cały czas idzie się żółtym szlakiem – zejście zaś zajmuje około 2 godzin.


Orla Perć to trudny szlak. Warto go więc przejść przy dobrej pogodzie (po raz kolejny upewniłem się, że w Tatry najlepiej wybierać się pod koniec sierpnia, początkiem września), kiedy skała jest sucha i chmury nie zasłaniają widoków. Przy pogodzie nieco gorszej, nawet dla wprawnych turystów, szlak ten robi się prawdziwie niebezpieczny. Tym niemniej w moim chorym umyśle pojawił się plan przejścia zamkniętego w 1932 roku odcinka Krzyżne – Wołoszyn – Wodogrzmoty Mickiewicza – Polana pod Wołoszynem.
Stay tuned :)

2009-06-18

Połonina Caryńska: z przełęczy Wyżniańskiej, z Bereżek przez Przełęcz Przysłup Caryński, z Brzegów Górnych do Ustrzyk Górnych.

Połonina Caryńska to jedna z najpiękniejszych połonin w Bieszczadach. W masywie Połoniny Caryńskiej wyróżnia się cztery kulminacje, najwyższy jest Kruhly Wierch (1297m npm). Pozostałe mają wysokość: 1245m, 1239m i 1148m npm. Panorama z Połoniny Caryńskiej jest rozległa, z dobrze widocznym masywem Wielkiej Rawki, Połoniny Wetlińskiej i grupą najwyższych szczytów polskich Bieszczadów – Tarnicą i Haliczem.
Na Połoninę można dostać się na kilka sposobów. Najkrótsza ścieżka wiedzie z parkingu na Przełęczy Wyżniańskiej (855m npm), skąd zielonym szlakiem można w niecałą godzinę wejść stromym podejściem na szczyt Caryńskiej. Zejście tą samą drogą zajmuje do 40 minut. Wariant polecany szczególnie na rozgrzewkę przed poważniejszymi wędrówkami.


Nieco dłuższy jest wariant podejścia na Połoninę Caryńską od strony południowej. Wędrówkę zaczynamy od przystanku w miejscowości Bereżki, skąd żółtym szlakiem, przez las, docieramy w ciągu godziny do Przełęczy Przysłup Caryński (785m npm). Tutaj po drodze mijamy schronisko studenckie “Koliba”. Z tego miejsca należy też w lewo na zielony szlak. Podejście na Połoninę zajmuje około godziny – ostatni odcinek dość stromy, kończący się na wierzchołku mającym 1239m npm.


Dla bardziej ambitnych polecam przejście całej Połoniny (z zaliczeniem wszystkich wierzchołków). Ten wariant wędrówki można rozpocząć na parkingu w Brzegach Górnych, skąd czerwonym szlakiem docieramy w ciągu godziny w okolice pierwszego wierzchołka Połoniny Caryńskiej (1245m npm). Przejście całego grzbietu Połoniny (nadal czerownym szlakiem) zajmuje nawet do dwóch godzin (normalnym tempem około godziny) – bardzo trudno powstrzymać się przed częstymi postojami i podziwianiem rozległych widoków. Od ostatniego wierzchołka (1148m npm) rozpoczyna się godzinne zejście czerwonym szlakiem do Ustrzyk Górnych.


Oczywiście ostatni wariant można równie dobrze przejść w odwrotną stronę od Ustrzyk Górnych do Brzegów Górnych. Prawdziwi zaś twardziele swoją wędrówkę zaczynają na parkingu przed miejscowością Smerek, skąd czerwonym szlakiem przechodzą Smerek, Połoninę Wetlińską oraz Połoninę Caryńską za jednym zamachem – ale to już inna historia.

2009-06-15

Cytat na dziś.

Zaszufladkowany do: cytat na dziś, politykuję i narzekam, różności — staruszek @ 10:38:14
Tags: ,

Chłop pańszczyźniany pracował, dla pana feudalnego na początku XVI wieku 52 dni w roku. I to był feudalny wyzysk. My na początku XXI wieku pracujemy dla III Rzeczypospolitej średnio 164 dni (dzień wolności podatkowej). I to się nazywa sprawiedliwość społeczna.

Następna strona »

Blog na WordPress.com.