staruszek 2.0

2009-06-18

Połonina Caryńska: z przełęczy Wyżniańskiej, z Bereżek przez Przełęcz Przysłup Caryński, z Brzegów Górnych do Ustrzyk Górnych.

Połonina Caryńska to jedna z najpiękniejszych połonin w Bieszczadach. W masywie Połoniny Caryńskiej wyróżnia się cztery kulminacje, najwyższy jest Kruhly Wierch (1297m npm). Pozostałe mają wysokość: 1245m, 1239m i 1148m npm. Panorama z Połoniny Caryńskiej jest rozległa, z dobrze widocznym masywem Wielkiej Rawki, Połoniny Wetlińskiej i grupą najwyższych szczytów polskich Bieszczadów – Tarnicą i Haliczem.
Na Połoninę można dostać się na kilka sposobów. Najkrótsza ścieżka wiedzie z parkingu na Przełęczy Wyżniańskiej (855m npm), skąd zielonym szlakiem można w niecałą godzinę wejść stromym podejściem na szczyt Caryńskiej. Zejście tą samą drogą zajmuje do 40 minut. Wariant polecany szczególnie na rozgrzewkę przed poważniejszymi wędrówkami.


Nieco dłuższy jest wariant podejścia na Połoninę Caryńską od strony południowej. Wędrówkę zaczynamy od przystanku w miejscowości Bereżki, skąd żółtym szlakiem, przez las, docieramy w ciągu godziny do Przełęczy Przysłup Caryński (785m npm). Tutaj po drodze mijamy schronisko studenckie “Koliba”. Z tego miejsca należy też w lewo na zielony szlak. Podejście na Połoninę zajmuje około godziny – ostatni odcinek dość stromy, kończący się na wierzchołku mającym 1239m npm.


Dla bardziej ambitnych polecam przejście całej Połoniny (z zaliczeniem wszystkich wierzchołków). Ten wariant wędrówki można rozpocząć na parkingu w Brzegach Górnych, skąd czerwonym szlakiem docieramy w ciągu godziny w okolice pierwszego wierzchołka Połoniny Caryńskiej (1245m npm). Przejście całego grzbietu Połoniny (nadal czerownym szlakiem) zajmuje nawet do dwóch godzin (normalnym tempem około godziny) – bardzo trudno powstrzymać się przed częstymi postojami i podziwianiem rozległych widoków. Od ostatniego wierzchołka (1148m npm) rozpoczyna się godzinne zejście czerwonym szlakiem do Ustrzyk Górnych.


Oczywiście ostatni wariant można równie dobrze przejść w odwrotną stronę od Ustrzyk Górnych do Brzegów Górnych. Prawdziwi zaś twardziele swoją wędrówkę zaczynają na parkingu przed miejscowością Smerek, skąd czerwonym szlakiem przechodzą Smerek, Połoninę Wetlińską oraz Połoninę Caryńską za jednym zamachem – ale to już inna historia.

2009-06-15

Cytat na dziś.

Zaszufladkowany do: cytat na dziś, politykuję i narzekam, różności — staruszek @ 10:38:14
Tags: ,

Chłop pańszczyźniany pracował, dla pana feudalnego na początku XVI wieku 52 dni w roku. I to był feudalny wyzysk. My na początku XXI wieku pracujemy dla III Rzeczypospolitej średnio 164 dni (dzień wolności podatkowej). I to się nazywa sprawiedliwość społeczna.

2009-06-09

Tarnica: z Ustrzyk Górnych przez Szeroki Wierch, z Wołosatego, z Mucznego przez Bukowe Berdo

Zaszufladkowany do: Bieszczady — staruszek @ 13:44:53
Tags: , , , , , ,

Tarnica (1346m npm) to najwyższy szczyt polskich Bieszczadów wznoszący się na krańcu pasma połonin, w grupie tzw. gniazda Tarnicy i Halicza. Na Tarnicy byłem już ponad 10 razy (a ze względu na coroczne Drogi Krzyżowe licznik ciągle bije). Byłem tutaj już w lecie i zimie, na wiosnę i jesienią. W słońcu, deszczu, śnieżnej zadymce. Do wyboru, do koloru. Wycieczka na Tarnicę może być rekreacyjnym spacerkiem (z Wołosatego w lecie przy ładnej pogodzie) lub morderczym maratonem (przez Szeroki Wierch w zimie, nieprzetartym szlakiem, w zadymce śnieżnej).
Na Tarnicę najłatwiej i najszybciej dostać się z Wołosatego. Do samego Wołosatego najlepiej dojechać busem z Ustrzyk Górnych (w sezonie, czyli w czasie wakacji nie ma z tym najmniejszego problemu). Ortodoksi mogą również wybrać opcję sześciokilometrowego spacerku asfaltową drogą z Ustrzyk do Wołosatego. Osobiście nie znajduję w tym żadnej przyjemności – w górach tam, gdzie tylko jest to możliwe korzystam z udogodnień cywilizacji: busy, kolejki, zaprzęgi konne, itp. Z Wołosatgo na Tarnicę prowadzi szlak niebieski (ostatnio został zmieniony jego przebieg – zaczyna się nieco dalej od parkingu). Według znaków na Tarnicy powiniśmy się znaleźć w ciągu 2 godzi i 15 minut. Czas według mnie mocno przesadzony – dla wprawnego turysty droga jest do zrobienia w godzinę z minutami. Początkowo szlak wiedzie łagodnymi podejściami przez las (w lecie należy patrzeć pod nogi – na ścieżce uwielbiają wylegiwać się żmije), aby później ostrymi podejściami wyjść z niego i wspiąć się aż na Przełęcz pod Tarnicą (1275m npm). Stąd na szczyt wiedzie żółty szlak – czas podejścia około 10 minut. W zimie szlak zazwyczaj jest przedeptany i wejście nim na Tarnicę nie zabiera mniej więcej tyle samo czasu co w lecie.
Szczyt Tarnicy jest niezwykle rozległy, w głównej kulminacji znajduje się punkt geodezyjny, a nieco dalej od niego nowy żelazny krzyż ustawiony w 2000 roku i upamiętniający – wraz z wmurowaną tablicą – pobyt ks. Karola Wojtyły 5 lipca 1954. Ze szczytu oczywiście rozciągają się wspaniałe widoki na Rawki, Połoninę Caryńską, Halicz, czy wreszcie same Gorgany.

Krzyż na Tarnicy

Do Wołosatego można wrócić tą samą drogą, ambitniejsi mogą jednak wybrać wariant trudniejszy i udać się czerwonym szlakiem na Halicz, Rozsypaniec i Przełęcz Bukowską i dopiero stamtąd, już drogą, do Wołosatego. Opis tego wariantu można znaleźć tutaj. Dodam tylko, że z Tarnicy do Wołosatego przez Halicz idzie się około 3 godzin. W zimie zaś szlak ten jest często nieprzetarty. Na Halicz czerwony szlak wiedzie zboczami Krzemienia, jednak odważniejsi (niestety NIELEGALNIE) mogą wyjść nieco wyżej i przejść ten odcinek granią Krzemienia – wspaniałe widoki gwarantowane.


Znacznie trudniej i dłużej idzie się na Tarnicę z Ustrzyk Górnych. Czerwony szlak zaczyna się w środku tej miejscowości i wiedzie początkowo asfaltem, koło hoteliku Białego, aby szybko skręcić w prawo do lasu. Stąd rozpoczyna się długie i żmudne podejście na Szeroki Wierch – około 2 godzin. Podejście kończy się na wierzchołku Szerokiego Wierchu – niestety jest to pierwszy wierzchołek (1215m npm), a przed nami godzinna wędrówka przez kolejne, coraz wyższe wierzchołki – kolejno 1268m npm, 1293m npm i wreszcie najwyższy (mający nawet osobną nazwę – Tarniczka) – 1315m npm. Wędrówka przez rozciągający się na przestrzeni kilku kilometrów masyw Szerokiego Wierchu dostarcza niezapomnianych widoków – m. in. na Połoninę Caryńską, masyw Rawek, Bukowe Berdo, Krzemień, wreszcie Tarnicę. Z najwyższego wierzchołka w ciągu 10 minut schodzi się na, wspomnianą już tutaj, przełęcz pod Tarnicą, a stąd na szczyt Tarnicy jest kolejne 10 minut. Szlak przez Szeroki Wierch jest na pewno dłuższy i bardziej męczący niż ten z Wołosatego, ale przy dobrej pogodzie zapewani przepiękne widoki – w zimie bywa często nieprzetarty.


Ostatni wariant wejścia na Tarnicę, jaki zamierzam tu opisać, zaczyna się w miejscowości Muczne. W sezonie dość łatwo dostać sie tam busami. Żółty szlak rozpoczyna się niepozrnie, łagodnym podejściem przez las. Z czasem oczywiście jest coraz stromiej, a las kończy się tuż przed granią Bukowego Berda (około godzina drogi). Tutaj żółty szlak spotyka się z niebieskim, który w prawo biegnie do Widełek. Aby dojść na Tarnicę należy skręcić w lewo. Wędrujemy oczywiście niebieskim szlakiem i granią Bukowego Berda. Po drodze mijamy trzy wierzchołki (1201m npm, 1238m npm, 1313m npm), aby dojść do płaskiej przełęczy między Bukowym Berdem a Krzemieniem. Stąd nadal niebieskim szlakiem schodzi się do tzw. przełęczy Goprowców (1160m npm – w czasie wakacji znajduje się tutaj posterunek GOPR). Tutaj szlak niebieski spotyka się z czerwonym i prowadzi na znaną już nam przełęcz pod Tarnicą. Przejście grani Bukowego Berda do przełęczy pod Tarnicą zajmuje około 1h30′ zapewniając wspaniałe widoki, jest przy tym mniej męczące niż podejście przez Szeroki Wierch.


Mam nadzieję, że dzięki powyższej notce, każdy wybierze wariant odpowiedni dla siebie i przekona się do odwiedzenia najpiękniejszych polskich gór oraz ich najwyższego szczytu – Tarnicy.

2009-06-08

Michał Jagiełło – Wołanie w górach

Zaszufladkowany do: Tatry, ostatnio przeczytane — staruszek @ 10:56:37
Tags: , , ,

“Wołanie w górach” Michała Jagiełły to monumentalne dzieło opisujące najciekawsze i najtrudniejsze akcje ratunkowe, jakie przeprowadzono w polskich Tatrach od początku istnienia TOPR aż do roku 2005. W obecnej edycji znajduje się także esej przybliżający historyczne początki ratownictwa w Tatrach oraz opisujący najstarsze udokumentowane wypadki w Tatrach (m. in. Klimka Bachledy i Mieczysława Karłowicza). Właśnie ten pierwszy rozdział wywołuje w czytelniku niepojętą chęć przeczytania książki w całości, co jest tym dziwniejsze, że autor już we wstępie deklaruje iż opis wypadków będzie powściągliwy, bezosobowy, niemal kronikarski. W związku z tym przez większość książki przewijają się setki, niezwykle podobnych do siebie, zlewających się w rozmazaną całość, faktów. Na szczęście autor nie dotrzymuje słowa. Michał Jagiełło to taternik, który z ratownictwem górski związny był od 1961 roku, w latach 1972-1974 był nawet naczelnikiem TOPR. Miał więc wyjątkową możliwość zapoznania się z historią ratownictwa, zgłębić teorię, a jednocześnie praktycznie zweryfikować ją na wielu wyprawach. W związku z tym do niektórych opisów akcji ratunkowych wkrada się osobisty komentarz, próby wejrzenia w psychikę ofiar wypadków, jak również ratowników, próby dojścia przyczyn wypadków i tragedii z nimi związanymi. I właśnie te fragmenty, a nie sucha kronika, są najciekawszymi fragmentami książki. Sprawiają, że warto przedzierać się przez te kilkanaście, czasami kilkadziesiąt stron aby natrafić na taki rodzynek. Nie jest to jakaś niezdrowa fascynacja ludzką tragedią, raczej chęć poznania i zrozumienia zagrożeń w górach. Autor opisując wypadki i akcje ratunkowe unika krwawych opisów i taniej sensacji. Wypadki tatrzańskie według Jagiełły to nie wypadki górskie z wiadomości telewizyjnych (krew, łzy i bezsensowny komentarz), tylko ludzki dramat i bezustanna walka o człowieka. Lektura ta na pewno nikogo nie zniechęci do wędrówki po Tatrach, ale z pewnością uczyni je bezpieczniejszymi. Z książki promieniuje głęboki i szczery szacunek dla gór i ludzi gór, którzy się z nimi mierzą, a są to wartości, które w zatłoczonym Zakopanem trudno czasami odnaleźć. Z książki Michała Jagiełły wyciągnąłem wiele ważnych wniosków, dotyczących bezpieczeństwa w górach i przyczyn wypadków. Według mnie jest to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika odpoczynku w górach.

2009-06-02

Giewont: Kuźnice – Schronisko na Kondratowej Hali – Kondracka Przełęcz – Giewont – Strążyska Dolina – Zakopane

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 14:11:20
Tags: , , , ,

Giewont (1894m npm) to góra-symbol, której zarys często kojarzony jest z sylwetką śpiącego rycerza. W 1880 roku Walery Eljasz-Radzikowski pisał o Giewoncie: “Z każdej prawie chaty Giewonta widać, toteż słusznie mu się należy tytuł króla zakopiańskiego”. Bez wątpienia Giewont jest w chwili obecnej najczęściej odwiedzanym szczytem w Tatrach. Przez wielu jednak turystów omijany szerokim łukiem niczym niezdobyta grań Krupówek. W chwili, gdy piszę te słowa zdarzyło mi się być na nim tylko raz.
Swoje wejście na Giewonta rozpocząłem w Kuźnicach, niebieski szlak wiedzie początkowo wygodną drogą Brata Alberta do klasztoru SS Albertynek. Miejsce dobre na pierwszy postój połączony przy okazji ze zwiedzeniem samotni Brata Alberta. Następnie, nadal wygodną drogą, dociera się do polany Kalatówki, gdzie stoi Hotel Górski na Kalatówkach. Czas dojścia z Kuźnic do hotelu to około 30 minut.


Z Kalatówek idzie się nadal niebieskim szlakiem (droga przechodzi w ścieżkę) do Schroniska na Kondratowej Hali (1333m npm) – czas dojścia z hotelu do schroniska to kolejne 30 minut. Przy schronisku, w słoneczny dzień, jest tłoczno i głośno – miejsce to należy omijać szerokim łukiem.
Ze schroniska przez kolejną godzinę wspinam się żmudnie niebieskim szlakiem na Kondracką Przełęcz (1725m npm). Przede mną i za mną mnóstwo ludzi – z naprzeciwka schodzi mnóstwo kolejnych. To zwiastuje kolejki przy wejściu na wierzchołek – sam wierzchołek też będzie bankowo zatłoczony.


Z Kondrackiej Przełęczy w ciągu 15 minut dochodzi się do Wyżniej Kondrackiej Przełęczy – stąd od Giewontu dzieli nas 15 minut drogi (jednokierunkowym szlakiem), oczywiście przy dobrych układach. Jeżeli ma się pecha, jak ja, to stoi się godzinę w kolejce. Samo wejście na szczyt uważam za wyjątkowo niebezpieczne – wyślizgane kamienie, łańcuchy i mnóstwo niewprawnych turystów to gotowy przepis na wypadek. Na samym szczycie jest tłoczno, wszyscy chcą zrobić sobie zdjęcie przy krzyżu, ale jeżeli znajdzie się miejsce warto posiedzieć na wierzchołku. Widać stąd doskonale Czerwone Wierchy i Kasprowy Wierch oraz oczywiście panoramę Zakopanego.


Zejście wiedzie niebieskim szlakiem (jednokierunkowym) do Wyżniej Kondraciej Przełęczy. W tym miejscu postanowiłem skręcić w prawo i czerwonym szlakiem udałem się do Przełęczy w Grzybowcu – dobra godzina drogi, a następnie, nadal czerwonym szlakiem, do Strążyskiej Polany, skąd doskonale widać północne ściany Giewontu. W tym miejscu trzeba przestrzec przed próbami wchodzenia/schodzenia na Giewont od tej strony. Północne ściany są niezwykle strome i kruche – nic dziwnego, że zginęło już tu wielu turystów.


Z Doliny Strążyskiej do Zakopanego wiedzie wygodna droga (czerwony szlak), po drodze mijamy skocznię Wielką Krokiew.
Wycieczka ta nauczyła mnie, że na Giewont koniecznie należy wybierać się wczesnym świtem, a pisząc te słowa mam na myśli naprawdę wczesny świt. Wtedy ma się szansę na uniknięcie tłumu ludzi i kolejek i wtedy też wycieczka na Giewont ma sens. W innym przypadku należy sobie ją spokojnie odpuścić i udać się chociażby na nieodległą, ale znacznie mniej uczęszczaną, Kondracką Kopę.

2009-05-22

Cytat na dziś.

Zaszufladkowany do: cytat na dziś — staruszek @ 14:19:46
Tags: , ,

Wydobył kozik i zabrał się za struganie znalezionego kołka. Często strugał kołki. Po pierwsze, wyjaśniał, jest to czynność w sam raz dla idioty, na jakiego wygląda. Po drugie, mawiał, struganie kołków uspokaja, wpływa korzystnie na system nerwowy i trawienny. Po trzecie, tłumaczył, rżnięcie drewna pomaga mu podczas wymuszonego przysłuchiwania się dyskusjom o polityce i religii, albowiem zapach świeżego wióra łagodzi odruchy wymiotne.

2009-04-29

Magia liczb.

Zaszufladkowany do: The very best of Staruszek..., różności — staruszek @ 12:01:45
Tags: , ,

Kilka faktów na temat piramidy Cheopsa – przytoczę tylko liczby całkowite, gdyż w moim wieku pamięć zaczyna zawodzić :)
Jest rzeczą osobliwą, że kwadrat w podstawie ma boki długości dwustu trzydziestu dwóch metrów. Pierwotna wysokość wynosiła sto czterdzieści osiem metrów. Jeżeli przełoży się to na święte łokcie egipskie, to w podstawie będzie trzysta sześćdziesiąt sześć łokci, a więc liczbę dni w roku przestępnym. Wysokość pomnożona przez dziesięć do dziewiątej da odległość Słońca od Ziemi – sto czterdzieści osiem milionów kilometrów. Dobre przybliżenie jak na owe czasy, zważywszy na to, że obliczona w naszych czasach odległość wynosi sto czterdzieści dziewięć i pół miliona kilometrów i wcale nie jest pewne, że to współcześni naukowcy mają rację. Podstawa podzielona przez szerokość jednego bloku kamiennego da liczbę dni w roku – trzysta sześćdziesiąt pięć. Obwód podstawy wynosi dziewięćset trzydzieści jeden metrów. Jeśli podzieli się ją przez podwojoną wysokość, uzyska się trzy i czternaście setnych – liczbę pi. Wspaniałe, prawda?

Kilka faktów na temat pewnej tajemniczej szopy na narzędzia wzniesionej w nie mniej tajemniczym ogrodzie przez mojego ojca i wuja.
Szerokość framugi na drzwi wynosi dokładnie sto czterdzieści dziewięć centymetrów, a więc jedną stumiliardową odległości Ziemia – Słońce. Wysokość z tyłu podzielona przez szerokość okienka daje sto dziewięćdziesiąt przez sześćdziesiąt i czterdzieści pięć setnych, czyli trzy i czternaście setnych, czyli liczbę pi. Wysokość z tyłu, to inaczej dziewiętnaście decymetrów, a więc tyle samo, ile liczba lat w greckim cyklu księżycowym. Suma wysokości dwóch narożników przednich i dwóch tylnych daje dwieście dziewięćdziesiąt trzy razy dwa plus sto dziewięćdziesiąt razy dwa równe dziewięćset sześćdziesiąt sześć, czyli datę chrztu Polski. Wysokość podestu wynosi trzy i dziewiętnaście setnych centymetra, a szerokość framugi okienka osiem i osiem dziesiątych centymetra. Zastępując liczby całkowite odpowiadającymi im literami alfabetu łacińskiego, orzymujemy C10H8, czyli wzór chemiczny naftaliny. Fantastyczne, nieprawdaż?

2009-04-28

Wit Szostak – Wichry Smoczogór, Poszarpane granie, Glęźdzby Ropucha

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 16:35:27
Tags: , , ,

“Glęźdzby Ropucha”, czyli Podania i bajędy Międzygórza z klechd rozklecone, z pleciug wyplecione i na nowo w ględźby przesupłane przez Ropucha Eremitę w świętym i starożytnym monastyrze boga Los. Tak brzmi pełen tytuł ostatnio wydanej książki Wita Szostaka. Opowiadania do tej książki powstawały przed “Wichrami Smoczogór” i “Poszarpanymi graniami”. Zbiorek liczy szesnaście opowiadań, pozornie spojonych wyłącznie jednością świata, w jakim się dzieją. Każde inną ma fabułę, w każdym różni są bohaterowie i miejsca (choć zdarza się niektórym grać epizody w więcej niż jednym tekście), wymowę ciężko im jednaką przypisać. Tymczasem po zakończeniu lektury jest się pewnym, że połączenie ich w jedną całość nie jest przypadkiem, że wszystkie one mówią o czymś podobnym i podobną opisują historię.
Świat, gdzie rozgrywają się Ropuchowe ględźby nie jest – na pierwszy rzut oka – fantastyczny. Zazwyczaj dopiero pod koniec zdarza się cud, coś niezwykłego, powodującego całkowity zwrot akcji. Z czasem, kiedy czytelnik oswaja się z niezwykłościami książki Szostaka, czar pojawia się w tekście coraz wcześniej, jest coraz wyrazistszy, jednak końcowa niespodzianka jest czymś stałym. I za każdym razem to zakończenie nadaje opowiadaniu dodatkowe znaczenia, zaskakuje i frapuje, prowokując do poszukiwania nowych interpretacji. Cała zagadkowość jest jednak podstawą do tego, co chyba w „Ględźbach Ropucha” najważniejsze – do filozoficznego dyskursu. Opowiadania wydają się być wariacjami na lube sercu autora tematy, różnymi wersjami odpowiedzi na pytania, które Wit Szostak najbardziej sobie w filozofii ceni. Bohaterowie, stawiani są w obliczu niezwykłych miejsc i wydarzeń, co powoduje, że ich słowa i czyny nabierają wagi argumentów w toczonych od zarania świata dyskusjach. Swoje zagadki i debaty opakował Wit Szostak w niezwykły język. Pełno tu zabaw językiem. Wiele tu zagrań rodem z poezji Leśmiana, wiele nowych słów, zbitek. Autor próbuje się z językiem polskim, wyciska z niego nowe brzmienia i wplata je w swoją opowieść, dodając jej uroku.
Nie jest to prosta lektura, najlepiej zaś smakuje dozowana – jedno opowiadanie naraz – większa dawka może spowodować przesyt.
“Wichry Smoczogór” to literacki debiut Szostaka, chociaż napisana została po “Glęźbach Ropucha”. Książka niezmiernie trudna do opisania, gdyż z najwyższym trudem dałoby się odnaleźć literackiego krewniaka, do którego można by ją przyrównać. Wit Szostak stworzył powieść, która, choć mieści się w kanonach fantasy, sięga ku korzeniom tego gatunku, odkrywając w nim świeżość i głębię, którą po Tolkienie rzadko kto potrafił czytelnika zaskoczyć.
Powieść jest prosta. Ot, wichry się w Smoczogórach zbiesiły i nawet najstarsi górale nie są do końca pewni dlaczego. Zasiedli więc do rady, znaleźli sposób i wysłali Berdę, młodego gęślarza i Wrzośca, uczonego smokoznawcę, żeby przywrócili rzeczom naturalny porządek. Obaj młodzi wyruszają zatem w misję, ratować spokój swoich ukochanych gór.
Jednak, choć “Wichry Smoczogór” są oszałamiająco proste (no, można tam znaleźć kilka powikłań fabuły i skrywanych tajemnic), to zachwycają swoją głębią. Spokojna mowa smoczogórskich górali i potoczysty opis ich pięknego kraju pełen jest mądrości, nad którymi czytelnik jeszcze długo będzie myśleć. Jest w tym przejrzystość, jasność co do tego, jak świat jest urządzony, co w nim było – i co będzie. Wit Szostak pokazuje, że w kilku słowach można zamieścić wiele treści. Sądzę nawet, że dożyjemy czasów, kiedy mainstream z radością zagarnie go pod swoje skrzydła, bym móc się chełpić jego obecnością wśród głównonurtowych pisarzy.
Niejeden zawaha się, czy można uznać za fantasy książkę bez jednego miecza, czarodzieja w spiczastej czapie w gwiazdy, biuściastej elfki, czy brodatego krasnoluda. Myślę jednak, że każdy kto przeczyta tą książkę, nie zaprzeczy magii wypełniającej stworzoną przez Szostaka krainę. Choć Smoczogóry stworzono zapewne na podobieństwo istniejących gór, to są one kreacją na wskroś fantastyczną, godną porównywania z Lorien. Wiele tam czaru, ale zdaje się on wypływać z samych gór, wiejącej w nich muzyki i kształtowanych przez te dwa potężne czynniki ludzi.
Smoczogóry są pełne czaru, który nadal obecny jest w naszym świecie, i który człowiek wciąż może odnaleźć jeszcze dziś w górach i lasach. Wystarczy nieco czasu, skupienia, zastanowienia nad tym, co jest dookoła nas, a już za rogiem można odnaleźć świat pokrewny krainie z powieści Wita Szostaka, świat wprowadzający w zachwyt swoją magią. Górale mają ten czas, czas na najważniejsze i dzięki temu są w stanie zadziwić swoją wiedzą uczonych ze stolicy, a przy tym czynią dzieła zdające się profanom magią.
Wspaniały debiut, tą książką Szostak zawiesił sobie poprzeczkę niemożebnie wysoko…
I w “Poszarpanych graniach” tą poprzeczkę przeskoczył z dużym zapasem. Chronologicznie akcja powieści rozgrywa się przed wydarzeniami opisanymi w “Wichrach Smoczogór” (mamy tu Berdę jako wyrostka i opiekującego się nim Starego Rysia). Ludzie, skrzaty, drzewa i czarty żyją razem w górach, jednak wszyscy są nieco młodsi, nieco głupsi. Być może dlatego, że Koreda, główny bohater powieści, jeszcze nie wykonał tego, co mu nakazał los, i wszyscy rozumni nie do końca pojmują, o co w tym świecie chodzi. Szczególnie ciężki jest los ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą, jak postępować, żeby nie stracić duszy.
To ten sam świat. Ten sam styl. Ten sam pisarz. Piękno gór schodzi jednak na drugi plan, podobnie muzyka. Mniej tu czaru, nie ma też tej spajającej wszystko jedności krajobrazu, człowieka, dzieł jego rąk i śpiewu jego duszy. Smoczogóry są tu tradycyjną fantastyczną sceną, na której Wit Szostak odgrywa swoją sztukę. Widać, jak się toczy opowieść, charaktery bohaterów są wyrazistsze, a przekaz, którym autor raczy nas obdarzać, trafia do rozumu, a nie do serca.
Między jedną a drugą książką zgubiła się też góralszczyzna. Smoczogóry są nadal magiczne i wrośnięte w nie czary nie słabną ani o jotę, jednak ich mieszkańcy okazują się tylko ludźmi, słabymi i zawodnymi. W długiej, wielopokoleniowej sadze rodu Koźliców wiele jest porażek, błędów i zwykłej, ludzkiej głupoty. Muzyka, proste prawdy i otaczający ich majestat nie okazują się być skuteczną zaporą przed byciem zwykłym człowiekiem. Dopiero pogodzenie się ze światem i zrozumienie roli, jaką ma się do odegrania, pozwala ludziom na bezpieczną egzystencję, daleką od czartów czyhających na ich dusze. Ale na pojęcie tych prawd jest jeszcze za wcześnie, to pogodzenie się ze światem widać dopiero w “Wichrach Smoczogór”.
Bez wątpienia “Poszarpane granie” są inną powieścią niż “Wichry Smoczogór”, a jednak można w nich wyczuć ten sam klimat, te same nuty, są uzupełnieniem, zamknięciem całości. Chciałoby się jednak, żeby kiedyś Szostak powrócił jeszcze to tej tematyki. Smoczogóry są tego warte.

2009-04-27

Przyjemne z pożytecznym.

Zaszufladkowany do: The very best of Staruszek..., różności — staruszek @ 12:48:37
Tags: , ,

Czytając książkę “Wahadło Foucaulta” natknąłem się na problem generowania wszelkich możliwych kombinacji podanego ciągu znaków.
Problem okazał się na tyle ciekawy, że zastanowiłem się nad nim chwilkę. W ciągu pół godziny wymyśliłem rekurencyjny algorytm do generowania kombinacji, w ciągu kolejnych 10 minut algorytm ten zamieniłem na programik w C++, a w ciągu następnych 0,192 sekund :] wygenerowałem wszelkie możliwe kombinacje dla ciągu złożonego z sześciu liter. Poniżej rezultat działania tego programiku – siedemset dwadzieścia imion Boga:

iahveh iahvhe iahhev iahhve iahehv iahevh iahveh iahvhe
iahhev iahhve iahehv iahevh iaevhh iaevhh iaehhv iaehvh
iaehhv iaehvh iavehh iavehh iavhhe iavheh iavhhe iavheh
ihhvea ihhvae ihhaev ihhave ihheav ihheva ihaveh ihavhe
ihahev ihahve ihaehv ihaevh ihevah ihevha ihehav ihehva
iheahv iheavh ihveah ihveha ihvhae ihvhea ihvahe ihvaeh
iehvha iehvah iehahv iehavh iehhav iehhva ieavhh ieavhh
ieahhv ieahvh ieahhv ieahvh iehvah iehvha iehhav iehhva
iehahv iehavh ievhah ievhha ievhah ievhha ievahh ievahh
ivheha ivheah ivhahe ivhaeh ivhhae ivhhea ivaehh ivaehh
ivahhe ivaheh ivahhe ivaheh ivheah ivheha ivhhae ivhhea
ivhahe ivhaeh ivehah ivehha ivehah ivehha iveahh iveahh
ihveha ihveah ihvahe ihvaeh ihvhae ihvhea ihaehv ihaevh
ihavhe ihaveh ihahve ihahev ihheav ihheva ihhvae ihhvea
ihhave ihhaev ihehav ihehva ihevah ihevha iheavh iheahv
hahvei hahvie hahiev hahive haheiv hahevi haiveh haivhe
haihev haihve haiehv haievh haevih haevhi haehiv haehvi
haeihv haeivh haveih havehi havhie havhei havihe havieh
hihvea hihvae hihaev hihave hiheav hiheva hiaveh hiavhe
hiahev hiahve hiaehv hiaevh hievah hievha hiehav hiehva
hieahv hieavh hiveah hiveha hivhae hivhea hivahe hivaeh
hehvia hehvai hehaiv hehavi hehiav hehiva heavih heavhi
heahiv heahvi heaihv heaivh heivah heivha heihav heihva
heiahv heiavh heviah heviha hevhai hevhia hevahi hevaih
hvheia hvheai hvhaie hvhaei hvhiae hvhiea hvaeih hvaehi
hvahie hvahei hvaihe hvaieh hvieah hvieha hvihae hvihea
hviahe hviaeh hveiah hveiha hvehai hvehia hveahi hveaih
hhveia hhveai hhvaie hhvaei hhviae hhviea hhaeiv hhaevi
hhavie hhavei hhaive hhaiev hhieav hhieva hhivae hhivea
hhiave hhiaev hheiav hheiva hhevai hhevia hheavi hheaiv
eahvhi eahvih eahihv eahivh eahhiv eahhvi eaivhh eaivhh
eaihhv eaihvh eaihhv eaihvh eahvih eahvhi eahhiv eahhvi
eahihv eahivh eavhih eavhhi eavhih eavhhi eavihh eavihh
eihvha eihvah eihahv eihavh eihhav eihhva eiavhh eiavhh
eiahhv eiahvh eiahhv eiahvh eihvah eihvha eihhav eihhva
eihahv eihavh eivhah eivhha eivhah eivhha eivahh eivahh
ehhvia ehhvai ehhaiv ehhavi ehhiav ehhiva ehavih ehavhi
ehahiv ehahvi ehaihv ehaivh ehivah ehivha ehihav ehihva
ehiahv ehiavh ehviah ehviha ehvhai ehvhia ehvahi ehvaih
evhhia evhhai evhaih evhahi evhiah evhiha evahih evahhi
evahih evahhi evaihh evaihh evihah evihha evihah evihha
eviahh eviahh evhiah evhiha evhhai evhhia evhahi evhaih
ehvhia ehvhai ehvaih ehvahi ehviah ehviha ehahiv ehahvi
ehavih ehavhi ehaivh ehaihv ehihav ehihva ehivah ehivha
ehiavh ehiahv ehhiav ehhiva ehhvai ehhvia ehhavi ehhaiv
vahehi vaheih vahihe vahieh vahhie vahhei vaiehh vaiehh
vaihhe vaiheh vaihhe vaiheh vaheih vahehi vahhie vahhei
vahihe vahieh vaehih vaehhi vaehih vaehhi vaeihh vaeihh
viheha viheah vihahe vihaeh vihhae vihhea viaehh viaehh
viahhe viaheh viahhe viaheh viheah viheha vihhae vihhea
vihahe vihaeh viehah viehha viehah viehha vieahh vieahh
vhheia vhheai vhhaie vhhaei vhhiae vhhiea vhaeih vhaehi
vhahie vhahei vhaihe vhaieh vhieah vhieha vhihae vhihea
vhiahe vhiaeh vheiah vheiha vhehai vhehia vheahi vheaih
vehhia vehhai vehaih vehahi vehiah vehiha veahih veahhi
veahih veahhi veaihh veaihh veihah veihha veihah veihha
veiahh veiahh vehiah vehiha vehhai vehhia vehahi vehaih
vhehia vhehai vheaih vheahi vheiah vheiha vhahie vhahei
vhaeih vhaehi vhaieh vhaihe vhihae vhihea vhieah vhieha
vhiaeh vhiahe vhhiae vhhiea vhheai vhheia vhhaei vhhaie
havehi haveih havihe havieh havhie havhei haiehv haievh
haivhe haiveh haihve haihev haheiv hahevi hahvie hahvei
hahive hahiev haehiv haehvi haevih haevhi haeivh haeihv
hiveha hiveah hivahe hivaeh hivhae hivhea hiaehv hiaevh
hiavhe hiaveh hiahve hiahev hiheav hiheva hihvae hihvea
hihave hihaev hiehav hiehva hievah hievha hieavh hieahv
hhveia hhveai hhvaie hhvaei hhviae hhviea hhaeiv hhaevi
hhavie hhavei hhaive hhaiev hhieav hhieva hhivae hhivea
hhiave hhiaev hheiav hheiva hhevai hhevia hheavi hheaiv
hevhia hevhai hevaih hevahi heviah heviha heahiv heahvi
heavih heavhi heaivh heaihv heihav heihva heivah heivha
heiavh heiahv hehiav hehiva hehvai hehvia hehavi hehaiv
hvehia hvehai hveaih hveahi hveiah hveiha hvahie hvahei
hvaeih hvaehi hvaieh hvaihe hvihae hvihea hvieah hvieha
hviaeh hviahe hvhiae hvhiea hvheai hvheia hvhaei hvhaie
ahvehi ahveih ahvihe ahvieh ahvhie ahvhei ahiehv ahievh
ahivhe ahiveh ahihve ahihev ahheiv ahhevi ahhvie ahhvei
ahhive ahhiev ahehiv ahehvi ahevih ahevhi aheivh aheihv
aivehh aivehh aivhhe aivheh aivhhe aivheh aihehv aihevh
aihvhe aihveh aihhve aihhev aihehv aihevh aihvhe aihveh
aihhve aihhev aiehhv aiehvh aievhh aievhh aiehvh aiehhv
ahveih ahvehi ahvhie ahvhei ahvihe ahvieh ahheiv ahhevi
ahhvie ahhvei ahhive ahhiev ahiehv ahievh ahivhe ahiveh
ahihve ahihev aheihv aheivh ahevhi ahevih ahehvi ahehiv
aevhih aevhhi aevhih aevhhi aevihh aevihh aehhiv aehhvi
aehvih aehvhi aehivh aehihv aeihhv aeihvh aeivhh aeivhh
aeihvh aeihhv aehihv aehivh aehvhi aehvih aehhvi aehhiv
avehih avehhi avehih avehhi aveihh aveihh avhhie avhhei
avheih avhehi avhieh avhihe avihhe aviheh aviehh aviehh
aviheh avihhe avhihe avhieh avhehi avheih avhhei avhhie

2009-04-26

Cytat na dziś.

Zaszufladkowany do: cytat na dziś — staruszek @ 16:45:52
Tags: ,

Problem nie polega na tym, żeby znaleźć tajemne powiązanie między Debussym a templariuszami, bo to robią wszyscy. Chodzi o to, żeby znajdować relacje utajone, na przykład między Kabałą a świecami samochodowymi.

Następna strona »

Blog na WordPress.com.