Pewnego dnia ni z gruszki ni z pietruszki jeden ze znajomych zapytał się mnie:
- Chodziłeś kiedyś po Tatrach zimą?
- Chodzić, nie chodziłem – ale nie zaszkodzi spróbować.
Zaopatrzyłem się więc w odpowiednie buty (nie muszą być skorupy, wystarczą zwykłe, w miarę nieprzemakalne, o twardej podeszwie – takie, do których da się przywiązać paskami raki), ponadto zabieram ciepłe gacie, polar, kurtkę, drugi polar, rękawiczki, czapę, kijki, czekan, okulary przeciwsłoneczne, kremy UV i ruszam w góry.
Ponieważ dni w zimie są krótkie, postanowiłem, że bazą wypadową będzie Murowaniec. Do Murowańca dostaję się standardowo, tzn. niebieskim szlakiem z Kuźnic przez Skupniów Upłaz. Szlak jest przetarty, więc mimo 60 litrowego plecaka do Murowańca dochodzę w ciągu 2 godzin. Góry witają mnie zimną, pochmurną pogodą, słabą widocznością i wilgocią w powietrzu. Mi oczywiście jest gorąco, szybko więc się przebieram i schodzę do sali jadalnej. Jest 15:30, dziś już nigdzie się nie wybiorę – zamawiam obiad, piwo i kwitnę do wieczora…



Nazajutrz na śniadaniu spotykam znajomych – postanawiamy zrobić małe rozpoznanie i wybrać się na Zawrat. Panuje trzeci stopień zagrożenia lawinowego, ale pogoda jest jak drut – słonecznie i mroźno. Smarujemy twarze kremami UV, zakładamy okulary przeciwsłoneczne i dziarsko kierujemy się w stronę Czarnego Stawu. Idziemy zboczem Małego Kościelca, po drodze mijając miejsce, gdzie lawina przysypała kompozytora, Mieczysława Karłowicza. Patrząc na obelisk, zwiększamy odstępy między poszczególnymi osobami – do Czarnego Stawu dochodzimy bez większych przeszkód. Śniegu jest sporo – większość znaków jest prawie zasypana. Zamarznięty Czarny Staw przechodzimy w poprzek i kierujemy się w stronę Zmarzłego Stawu. Po pół godzinie marszu czeka nas przykra niespodzianka – szlak jest nieprzetarty. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy iść dalej – brniemy więc po pas w śniegu, miejscami zapadając się po ramiona. Mimo iż osoba przecierająca szlak zmienia się co chwilę, podejście jest cholernie męczące.

W pewnym momencie skręcamy lekko w prawo i na dość stromym oblodzonym stoku ćwiczymy podejście z użyciem raków i czekanów. Dochodzimy do Zmarzłego Stawu, szlak dalej jest nieprzetarty, stwierdzamy że nie ma sensu wypruwać żył, zawracamy więc do schroniska. W Murowańcu czeka na nas ciepły obiad, piwo i planowanie następnego dnia. Krótki wywiad pozwala stwierdzić, że pogoda nadal ma być słoneczna, a szlak na Świnicę od strony Kasprowego jest przetarty – tym samym ustalony zostaje cel na kolejny dzień.
Nazajutrz zbieramy się w sali jadalnej koło ósmej. Jemy szybkie śniadanie i po pół godzinie kierujemy się w stronę Kasprowego Wierchu. Jest pochmurnie, ale jesteśmy dobrej myśli. Jako cholernie wygodni i majętni osobnicy za około dychę od łepka korzystamy z kolejki krzesełkowej i wjeżdżamy z Hali Gąsienicowej na Kasprowy Wierch.

Kasprowy witam nas wietrzną i słoneczną pogodą, nie namyślając się więc wiele kierujemy się na Beskid i Liliowe w stronę Świnicy. Nieliczne chmury zalegają w dolinach, ale idąc granią w stronę Świnickiej Przełęczy możemy delektować się przepiękną panoramą Tatr.

Na przełęczy robimy krótką przerwę na ciepłą herbatę, pożywne batoniki i założenie raków – czas rozpocząć wspinaczkę. Samo podejście jest zaskakująco łatwe, powiedziałbym nawet, że łatwiejsze niż w lecie – wystarczy trochę obycia z czekanem i rakami, zaś widok ze szczytu wynagradza wszelkie trudy i zmęczenie.





Na szczycie krótka sesja zdjęciowa, lekki posiłek i pora wyruszać w drogę powrotną. Wracamy tą samą drogą. Pogoda nadal dopisuje, ale od strony Słowacji wieje coraz bardziej porywisty wiatr. Na szczęście droga powrotna jest znacznie szybsza, chociażby dzięki zastosowaniu dupozjazdów. Na Przełęczy Liliowe skręcamy w prawo i zielonym szlakiem schodzimy do Doliny Gąsienicowej, a następnie do Murowańca, gdzie tradycyjnie zaliczamy piwo, obiad i gorący prysznic.
Tatry zimą to przedsmak prawdziwej turystyki wysokogórskiej, sprawdzian rozwagi, rozsądnych zachowań i posługiwania się sprzętem. W moim przypadku odpowiednie wyposażenie (raki, czekan), ciepła odzież, dobre buty oraz doświadczeni znajomi sprawili, że czułem się pewnie i nie miałem większych obaw o swoje bezpieczeństwo.