staruszek 2.0

2008-06-23

Radio vs. telewizornia,

Zaszufladkowany do: The very best of Staruszek... — staruszek @ 11:13:07
Tags: ,

czyli mój skromny wkład w odwieczny spór, co jest lepsze – radio czy telewizja?
Otóż według mnie lepsze jest oczywiście radio, a swoją opinię argumentuję jak następuje:
Radio jest lepsze. bo radia się słucha. Jak się słucha, robić można, a jak telewizję, to nie, chyba że co pomniejsze roboty domowe, a to kurz, albo jedzenie, a inne się nie da.
Po drugie, radio można ze sobą i mieć i ono wtedy gra, a telewizję też, tylko, że wtedy nie świeci i po co ona taka.
Po trzecie, w telewizji widać, a jak widać, to człowiek się może podenerwować jak mu się kto nie spodoba, a w radiu wszystko się podoba.
A po czwarte, w taksówce mają radio, ale nie mają telewizji, bo rozprasza nawet jak jest sucha i czarna powierzchnia.
Po piąte, nieprawdą jest, jakoby telewizja powiększała estetyką pomieszczenia (mimo urządzania z telewizji przepięknych ołtarzyków), bo jak na telewizję patrzeć, to pomieszczenia nie widać, a jak zgasić odbiornik, to estetyka jest dopiero wtedy, a z radiem zawsze.
Po szóste, w radiu podają, która godzina cały czas, a w telewizji nie.
I po siódme wreszcie, radio jest starsze od telewizji, a do starszych szacunek należy mieć i poważanie wielkie, a kto tego nie pojął ten jest świnia i pies go trącał, wszarza jednego.
A na koniec, zapytuję, czy ten, co o dwunastej na trąbce przygrywa to naprawdę, czy to jakieś oszukaństwo i czy te gołębie, co jak on gra, to czasem gruchają, to żywe, czy nie całkiem, bo mnie to zawsze interesowało wielce i wiedzieć by się chciało?

2008-06-12

Mała Wysoka: Hrebienok – Sliezsky Dom – Polsky Hreben – Vychodna Vysoka – Prielom – Hrebienok

Wycieczka, którą zamierzam opisać można śmiało określić mianem jednej z najpiękniejszych tras górskich w Tatrach Słowackich – mowa o wejściu na Małą Wysoką przez Polski Grzebień.
Trasę tą najlepiej rozpocząć od wyruszenia kolejką do stacji Tatrzańska Polanka (Tatranska Polianka) i stamtąd udanie się zielonym szlakiem do Śląskiego Domu (Sliezsky Dom). My wybraliśmy oczywiście inny wariant. Kolejką ze Starego Smokowca (Stary Smokovec) dostaliśmy się do Siodełka (Hrebienok), a następnie czerwonym szlakiem (tak zwaną Tatrzańską Magistralą) w niecałe 2h doszliśmy do wspomnianego już komunistycznego potworka architektury – Śląskiego Domu. Idąc od tej właśnie strony ma się wspaniały widok na ten górski hotel u podnóża masywu Gierlacha.

Śląski Dom

Ze Śląskiego Domu zielonym szlakiem w ciągu kolejnych 2h można spokojnie dojść na przełęcz Polski Grzebień (Polsky Hreben, 2200m npm). Szlak wiedzie malowniczo, najpierw koło Wielickiego Stawu (Velickie Pleso), a następnie przez przepiękną Kwietną Dolinę (Kvetnica), po obu zaś stronach wznoszą się potężne masywy górskie – po lewej masyw Gierlacha, po prawej Granaty Wielickie (Vielicke Granaty). Sam szlak, tuż przed przełęczą ubezpieczony jest łańcuchami, ale bez większych ekspozycji. Z samej przełęczy przy dobrej pogodzie rozpościera się wspaniały widok na polską Orlą Perć – nam szczęście nie dopisało, było dość pochmurno.

Dolina Kwiatowa

Polski Grzebień

Polski Grzebień

Po krótkim odpoczynku i przy niepewnej pogodzie postanowiliśmy wyruszyć na wznoszący się dumnie wierzchołek Małej Wysokiej (Vychodna Vysoka, 2429m npm). Podejście nie jest zbyt trudne technicznie (chociaż są ciekawe momenty, bez żadnych ubezpieczeń) ale żmudne i długie. Wydaje się, że szczyt jest tuż, tuż – zaś samo podejście zajmuje dobre 40 minut. Po raz kolejny okazało się jednak, że warto ryzykować. Po wejściu na wierzchołek, chmury się rozpierzchły chociaż na chwilę, zaś widok z Małej Wysokiej był po prostu nie do opisania. Na samym szczycie przygotowana jest platforma, gdyby ktoś zechciał nocować.

Wejście na Małą Wysoką

Widok z Małej Wysokiej

Widok z Małej Wysokiej

Widok z Małej Wysokiej

Widok z Małej Wysokiej

Widok z Małej Wysokiej

Zejście z Małej Wysokiej zajmuje około 20 minut, następnie w kilka minut zielonym szlakiem (fatalnie utrzymanym) dochodzimy do niebieskiego (fatalnie oznakowany – znaki przykute wprost do pionowej ściany skalnej). Idąc w lewo można w ciągu kilku godzin dojść do Łysej Polany, taki też mieliśmy pierwotnie zamiar. Ostatecznie jednak skręciliśmy w prawo i w siąpiącym deszczu rozpoczęliśmy żmudne podejście do Rohatki (Prielom, 2290m npm). Rohatka to jedna z niezwykłych słowackich przełęczy (inne to Czerwona Ławka, Bystra Ławka i Lodowa Przełęcz), na które to przełęcze podejście jest niekiedy znacznie trudniejsze niż na niejeden szczyt. Z miejsca, które wcześniej opisałem na Rohatkę wspina się około 1h, a podejście przy samym końcu jest pionowe z łańcuchami i klamrami. Sama przełęcz jest niezwykle wąska (miejsca wystarcza na dwie osoby), na szczęście trudy wspinaczki nagrodzone zostają widokiem na Staroleśna Dolinę i Zbójnicką Chatę.
Zbójnicka Chata to kolejny etap naszej wędrówki. Zejście z Rohatki jest znacznie łatwiejsze, trzeba tylko uważać na osypujące się kamienne piargi. Spacerek niebieskim szlakiem do schroniska trwa niecałą godzinę.

Przełęcz Rohatka

Widok z Rohatki

Widok z Rohatki

W schronisku można spokojnie odpocząć po wrażeniach wędrówki, a po odpoczynku znanym (nam) już bardzo dobrze szlakiem przez Staroleśną Dolinę w ciągu 2h schodzimy do Siodełka, kończąc tym samym niezapomnianą wycieczkę.

2008-06-10

Ostatnio przeczytane.

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 12:02:00
Tags: , ,

W latach 1994-1996 pół Polski zasiadało przed ekranami telewizorów i oglądało “WC Kwadrans”. Część dlatego, że identyfikowała się z poglądami przez autora lansowanymi. Część dlatego, że nienawidziła go jak psa. Jeszcze inna część z ciekawości, na zasadzie “ciekawe komu dzisiaj dopieprzy”. Moim zdaniem ten program Cejrowskiemu bardziej zaszkodził niż pomógł. Zaszkodził, bo w głowach licznej grupy ludzi Wojciech Cejrowski pozostał jako prawicowy oszołom i ciemnogrodzianin, który krytykuje postęp, wolność i wyjebkę a do tego ma wyjątkowo irytujący głos. Znacznie mniej osób (jak zwykle zresztą) wie, że w ciągu ostatnich 20 lat więcej czasu spędził na wyprawach w najdalsze rejony świata (jak sam napisał – jest to w sumie ponad 6 lat) niż w studiu telewizyjnym. Szkoda, gdyż Cejrowski jest przede wszystkim podróżnikiem i kapitalnym gawędziarzem, który swoje wyprawy dokumentuje mnóstwem zdjęć i notatkami, które później przeradzają się w niezwykłe książki i audycje radiowe. Swoje książki pisze ciekawie i z humorem. O czym przekonały mnie dwie jego książki, które niedawno pochłonąłem z dużą przyjemnością i w ekspresowym tempie.
Grino wśród dzikich plemionWojciech Cejrowski jako “Gringo wśród dzikich plemion” zaprasza nas na wyprawę w głąb amazońskiej dżungli. By poznać ostatnich dziko żyjących Indian. By zrozumieć ich dusze. A także by niekiedy pośmiać się z niesamowitych sytuacji, które przedstawia z wdziękiem wybitnego komika. Tym, co od pierwszego spojrzenia wyróżnia tę pozycję z innych, jest wydanie. Twarda oprawa, szyty grzbiet, kredowy papier i ponad 100 barwnych fotografii sprawiają, że książka zachwyca. I co najważniejsze, po rozpoczęciu czytania pozytywne wrażenia nie znikają, lecz eksplodują nową jakością. Jest bowiem w tej książce piękna treść i styl.
“Gringo…” to taki podróżniczy Pratchett, do którego się zresztą Cejrowski odwołuje, którego lubi i ceni (chociażby stosując niezawodne przypisy). Przez większą część książki leżałem i płakałem ze śmiechu, bo dostałem ten styl opowieści, jaki cenię sobie, być może najbardziej. Z biglem, z jajem, z humorem ale i z nutą transcendencji i mistyki. Bo bez tych dwóch ostatnich ingrediencji “Gringo…” zamieniłby się w płytki dowcipas. W ciąg skeczy połączonych pretekstową fabułą. Na szczęście Cejrowski do spółki z Tłumaczem (przeczytacie to zrozumiecie) i redakcją dał radę wycisnąć z tematu wszystko to, co dla czytelnika najlepsze. Wszystko podlane dodatkowo odpowiednią ilością sosu erudycyjno-edukacyjnego daje bardzo smakowite danie, które wciąga się z prawdziwą przyjemnością.
Rio Anaconda“Rio Anaconda” jest pozycją cięższą, żarty obecne są jedynie w pierwszej części, dalej atmosfera gęstnieje i dostajemy tekst, któremu bliżej do antropologii niż powieści stricte awanturniczo-podróżniczej. Książka ta jest zapisem jednej wyprawy, bodaj najbardziej brzemiennej w skutki, której Cejrowski omal nie przypłacił życiem, i uświadamia jak trudno w tym świecie być, jak trudno zrozumieć go komuś z zewnątrz, mimo otwartości i najszczerszych chęci. “Gringo…” próbowała przetłumaczyć indiańską duszę na język białych. W tej autor stara się uzasadnić, dlaczego to jednak nie do końca możliwe.
W książce nie brak oczywiście opisów najróżniejszych niebezpieczeństw grożących gringo w amazońskiej dżungli, nie brak barwnych anegdot czy wtrętów (rozpoczynanych charakterystycznym już “Posłuchajcie…”), choćby na temat seksualności dzikich, ich diety, tańców, fryzur, formułowanych w dowcipnej formie, znanej z poprzedniej książki Cejrowskiego, ale to tylko ozdobniki dla głównego wątku opowieści, której osnowę stanowią rozważania o samotności. Czasem zostają sformułowane wprost, dosłownie, czasem widać je między wierszami. Rozważania o samotności białego wśród smagłolicych, europejczyka wśród Indian, katolika wśród pogan. Samotności szamana wśród tych, którym służy i których wspólnotę spaja. Samotności świata ginącego, odchodzącego w przeszłość, otaczanego coraz ciaśniej przez cywilizację z jej t-shirtami, chorobami, torebkami foliowymi i szamponami. Ta książka to urokliwy traktat odziany w kostium z dżungli.
Jedyny minus, jaki dostrzegłem w “Rio Anaconda” to momenty, gdy Cejrowski pisząc o magii i niezwykłych umiejętnościach szamanów, niebezpiecznie blisko i zgodnie zbliża się do wizji przedstawionych w książkach Pratchett’a, ale komuś (a osób takich będzie pewnie zdecydowana większość) kto nie zna powieści ze Świata Dysku nie będzie to pewnie przeszkadzać.
Jak dla mnie powieści Cejrowskiego to prawdziwe perełki, obok których nie można przejść obojętnie, a te 60 zeta za piękne wydania, w twardej oprawie, na kredowym papierze, z mnóstwem przepięknych fotografii, to tyle co nic.

2008-06-08

Cytat na dziś.

Zaszufladkowany do: cytat na dziś — staruszek @ 18:44:43
Tags: , , ,

Jest wiele stworzeń, które lubią człowieka bez wzajemności. Właściwie większość. A spora część tej większości to ludzie. Bo jak można lubić kogoś, kto lubi ciebie, ale tylko dlatego, że jesteś jego klientem, targetem lub elektoratem?

Blog na WordPress.com.