staruszek 2.0

2008-06-10

Ostatnio przeczytane.

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 12:02:00
Tags: , ,

W latach 1994-1996 pół Polski zasiadało przed ekranami telewizorów i oglądało “WC Kwadrans”. Część dlatego, że identyfikowała się z poglądami przez autora lansowanymi. Część dlatego, że nienawidziła go jak psa. Jeszcze inna część z ciekawości, na zasadzie “ciekawe komu dzisiaj dopieprzy”. Moim zdaniem ten program Cejrowskiemu bardziej zaszkodził niż pomógł. Zaszkodził, bo w głowach licznej grupy ludzi Wojciech Cejrowski pozostał jako prawicowy oszołom i ciemnogrodzianin, który krytykuje postęp, wolność i wyjebkę a do tego ma wyjątkowo irytujący głos. Znacznie mniej osób (jak zwykle zresztą) wie, że w ciągu ostatnich 20 lat więcej czasu spędził na wyprawach w najdalsze rejony świata (jak sam napisał – jest to w sumie ponad 6 lat) niż w studiu telewizyjnym. Szkoda, gdyż Cejrowski jest przede wszystkim podróżnikiem i kapitalnym gawędziarzem, który swoje wyprawy dokumentuje mnóstwem zdjęć i notatkami, które później przeradzają się w niezwykłe książki i audycje radiowe. Swoje książki pisze ciekawie i z humorem. O czym przekonały mnie dwie jego książki, które niedawno pochłonąłem z dużą przyjemnością i w ekspresowym tempie.
Grino wśród dzikich plemionWojciech Cejrowski jako “Gringo wśród dzikich plemion” zaprasza nas na wyprawę w głąb amazońskiej dżungli. By poznać ostatnich dziko żyjących Indian. By zrozumieć ich dusze. A także by niekiedy pośmiać się z niesamowitych sytuacji, które przedstawia z wdziękiem wybitnego komika. Tym, co od pierwszego spojrzenia wyróżnia tę pozycję z innych, jest wydanie. Twarda oprawa, szyty grzbiet, kredowy papier i ponad 100 barwnych fotografii sprawiają, że książka zachwyca. I co najważniejsze, po rozpoczęciu czytania pozytywne wrażenia nie znikają, lecz eksplodują nową jakością. Jest bowiem w tej książce piękna treść i styl.
“Gringo…” to taki podróżniczy Pratchett, do którego się zresztą Cejrowski odwołuje, którego lubi i ceni (chociażby stosując niezawodne przypisy). Przez większą część książki leżałem i płakałem ze śmiechu, bo dostałem ten styl opowieści, jaki cenię sobie, być może najbardziej. Z biglem, z jajem, z humorem ale i z nutą transcendencji i mistyki. Bo bez tych dwóch ostatnich ingrediencji “Gringo…” zamieniłby się w płytki dowcipas. W ciąg skeczy połączonych pretekstową fabułą. Na szczęście Cejrowski do spółki z Tłumaczem (przeczytacie to zrozumiecie) i redakcją dał radę wycisnąć z tematu wszystko to, co dla czytelnika najlepsze. Wszystko podlane dodatkowo odpowiednią ilością sosu erudycyjno-edukacyjnego daje bardzo smakowite danie, które wciąga się z prawdziwą przyjemnością.
Rio Anaconda“Rio Anaconda” jest pozycją cięższą, żarty obecne są jedynie w pierwszej części, dalej atmosfera gęstnieje i dostajemy tekst, któremu bliżej do antropologii niż powieści stricte awanturniczo-podróżniczej. Książka ta jest zapisem jednej wyprawy, bodaj najbardziej brzemiennej w skutki, której Cejrowski omal nie przypłacił życiem, i uświadamia jak trudno w tym świecie być, jak trudno zrozumieć go komuś z zewnątrz, mimo otwartości i najszczerszych chęci. “Gringo…” próbowała przetłumaczyć indiańską duszę na język białych. W tej autor stara się uzasadnić, dlaczego to jednak nie do końca możliwe.
W książce nie brak oczywiście opisów najróżniejszych niebezpieczeństw grożących gringo w amazońskiej dżungli, nie brak barwnych anegdot czy wtrętów (rozpoczynanych charakterystycznym już “Posłuchajcie…”), choćby na temat seksualności dzikich, ich diety, tańców, fryzur, formułowanych w dowcipnej formie, znanej z poprzedniej książki Cejrowskiego, ale to tylko ozdobniki dla głównego wątku opowieści, której osnowę stanowią rozważania o samotności. Czasem zostają sformułowane wprost, dosłownie, czasem widać je między wierszami. Rozważania o samotności białego wśród smagłolicych, europejczyka wśród Indian, katolika wśród pogan. Samotności szamana wśród tych, którym służy i których wspólnotę spaja. Samotności świata ginącego, odchodzącego w przeszłość, otaczanego coraz ciaśniej przez cywilizację z jej t-shirtami, chorobami, torebkami foliowymi i szamponami. Ta książka to urokliwy traktat odziany w kostium z dżungli.
Jedyny minus, jaki dostrzegłem w “Rio Anaconda” to momenty, gdy Cejrowski pisząc o magii i niezwykłych umiejętnościach szamanów, niebezpiecznie blisko i zgodnie zbliża się do wizji przedstawionych w książkach Pratchett’a, ale komuś (a osób takich będzie pewnie zdecydowana większość) kto nie zna powieści ze Świata Dysku nie będzie to pewnie przeszkadzać.
Jak dla mnie powieści Cejrowskiego to prawdziwe perełki, obok których nie można przejść obojętnie, a te 60 zeta za piękne wydania, w twardej oprawie, na kredowym papierze, z mnóstwem przepięknych fotografii, to tyle co nic.

No Comments Yet »

Brak komentarzy.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. Adres TrackBack

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.