Marek Krajewski to autor niezwykle popularnego cyklu kryminałów, których głównym bohaterem jest Eberhard Mock. Do tej pory cykl tworzy pięć tomów: “Śmierć w Breslau”, “Koniec świata w Breslau”, “Widma w mieście Breslau”, “Festung Breslau” oraz “Dżuma w Breslau”.


Miejscem akcji swoich powieści Krajewski uczynił Wrocław, a raczej – Breslau, ponieważ jego książki opowiadają o czasach, kiedy stolica Górnego Śląska znajdowała się w granicach terytorialnych najpierw Republiki Weimarskiej, a następnie III Rzeszy. Podobne próby podejmowane były już u nas w latach 80. ubiegłego stulecia, tyle że nie w literaturze, a w filmie. Do dziś pamiętam zabawny serial Pawła Pitery “Na kłopoty… Bednarski”, którego akcję umieszczono w Wolnym Mieście Gdańsku w czasach, kiedy kontrolę przejmowali nad nim naziści. Czy Krajewski inspirował się tym serialem? Wydaje się to wielce prawdopodobne, choć raczej trudno byłoby doszukiwać się w Eberhardzie Mocku podobieństw do, granego przez Stefana Friedmanna, detektywa Bednarskiego. Znacznie bliżej mu do bohaterów amerykańskiego czarnego kryminału, co zresztą trudno uznać za zarzut.
Eberhard Mock jest gliniarzem z prawdziwego zdarzenia. Psem, który, gdy tylko wywącha jakiś ślad, nie popuści, aż nie złapie zbrodniarza. Niekiedy owo poczucie sprawiedliwości (a może tylko chęć zemsty, czasami nie sposób nie mieć wątpliwości) przysłania mu zdrowy rozsądek. Pozostaje więc głuchy na błagania najbliższych współpracowników, przełożonych, członków rodziny. Nie zadowala się samym rozwiązaniem zagadki, mając świadomość, że zbrodniarzowi może ona ujść na sucho. Na pewno wzbudza szacunek. Ale czy daje się lubić? Krajewski zapewne obawiał się takiej reakcji czytelnika i dlatego wyposażył swojego bohatera w pewne cechy charakteru, które przestają czynić go nieskazitelnym. Jest więc Eberhard Mock dziwkarzem, który nie stroni od seksualnych perwersji, bywa krnąbrny i nie waha się przed użyciem przemocy czy też szantażu, jeśli tylko może go to przybliżyć do osiągnięcia celu. Jakby tego jeszcze było mało, również cechy fizyczne Mocka odpychają od niego: jest otyły, a jego facjata w “Festung Breslau” (po pożarze szpitala w Dreźnie, podczas którego – kilka miesięcy wcześniej – uratował z płomieni młodą kobietę) ma blizny; by je zakryć, nosi skórzaną maskę. Jak widać, autor zadbał o równe rozłożenie akcentów: niemal tyle samo mamy powodów, by Mocka lubić, jak i tych, które przemawiają za uczuciami wręcz przeciwnymi.
Krajewski świetnie oddaje ducha ówczesnego Wrocławia nie zapominając nawet o takich, zdawałoby się, drobiazgach, jak galopująca inflacja, wzrastająca praktycznie z dnia na dzień. Wiele miejsca autor powieści poświęca także opisom codziennych zajęć mieszkańców tamtej epoki, a z jego książkami można by spokojnie zwiedzać międzywojenny Wrocław. W książkach Krajewskiego znajdziemy opisy makabrycznych zbrodni, wyuzdania i chorobliwych skłonności kryjących się pod podszewką miasta Breslau – dla nieco wrażliwszych czytelników owo nagromadzenie aberracji i wynaturzeń może okazać się wręcz murem nie do przeskoczenia – dużo w nich brudów, fekaliów, rzygowin, krwi, seksu i przemocy. Dla mnie ów mroczny, ciężki i pesymistyczny klimat to dodatkowa zaleta książek Krajewskiego – zachęcam do sięgnięcia po dowolną książkę cyklu, z całą pewnością nie pożałujecie tego kroku.
Dobrą wiadomością są pogłoski, że na podstawie powieści Krajewskiego powstanie film i serial, którego producentem ma być Telewizja Polska. Zła wiadomość jest zaś taka, że ta sama Telewizja Polska jest również odpowiedzialna za zszarganie innej legendy polskiej literatury – wiedźmina Geralta.
Eberhard Mock to dla Marka Krajewskiego kura znosząca złote jajka. Nikt zdrowy na umyśle takiej kury świadomie zarzynać nie będzie. Dlatego, mimo że przed trzema laty – po publikacji czwartego tomu serii, “Festung Breslau” – autor ogłosił, że rozstaje się ze swoim bohaterem, nie wszyscy przyjęli tę zapowiedź jako ostateczną. I jak się okazało, niedowiarki miały rację. Już rok później na księgarskich półkach pojawiła się bowiem “Dżuma w Breslau”, z kolei na początku maja tego roku, światło dzienne ujrzała “Głowa Minotaura”.
Nie zamierzam w tym miejscu streszczać fabuły powieści – jak zwykle już u Krajewskiego jest perwersyjnie i na granicy dobrego smaku. Kolejny tom cyklu według mnie nie dorównuje swoim poprzednikom (za mało Mocka i Breslau), ale też nie zawodzi. Klimat tej powieści jest zupełnie inny – cieżar powieści spoczął na Edwardzie Popielskim – detektywie polskiej policji, zaś tłem fabuły stał się międzywojenny Lwów (Lemberg). To z kolei wymagało od autora dogłębnych studiów nad dziejami wschodniogalicyjskiej stolicy w okresie międzywojennym. Trzeba przyznać, że – wydatnie korzystając z pomocy specjalistów – zadanie wykonał na poziomie zdecydowanie zadowalającym czytelnika. Stylizacja języka (dlaczego tak mało), zachowanie topografii miasta z lat trzydziestych, wreszcie bezpośrednie nawiązania do miejsc (Kawiarnia Szkocka, Wysoki Zamek) i postaci historycznych (słynne środowisko lwowskich matematyków, w którym główne role odgrywali pojawiający się w powieści ekspremier II Rzeczypospolitej Kazimierz Bartel, Stefan Banach, Leon Chwistek czy Hugo Steinhaus) – wystawiają Krajewskiemu wysoką cenzurkę.