Marek S. Huberath to pseudonim pisarza niezwykłego. Na codzień zajmuje się fizyką biologiczną i fizyką ciała stałego w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. W wolnych chwilach bywa zaś pisarzem. Pisarzem dodajmy niezwykłym, wyznającym zasadę lepiej mniej, ale lepiej. Nie publikuje dużo, lecz zdobył już trzy Nagrody Zajdla i siedem nominacji. W 2005 roku przerwał długie milczenie i opublikował powieść “Miasta pod skałą”. Powieść naprawdę niezwykłą, którą jednak męczyłem przez prawie dwa lata. Wydaje mi się jednak, że jestem chociaż częściowo usprawiedliwiony – sam autor pisał tą powieść przez 9 lat – od 1995 do 2004 roku.
Powieść licząca sobie prawie 800 stron zaczyna się powoli, stopniowo budując atmosferę tajemniczości, a nawet grozy, odwlekając rozwiązanie wpisanych w akcję zagadek, opisuje przypadki Humphreya Adamsa Jr. Jest to nieco sfrustrowany i zagubiony w życiu historyk kultury śródziemnomorskiej przebywający na stypendium w Rzymie. Podczas zwiedzania Watykanu wchodzi do znajdującego się pod wzgórzem watykańskim korytarza-labiryntu, który – jak się okazuje – stanowi przejście do innego świata (a właściwie: zaświatów). Adams trafia najpierw do Miasta pod Skałą rządzonego na totalitarną modłę przez Człekousta, a potem do mrocznego państwa Pana z Morza, które okazuje się krainą umarłych. Poznaje tam kolejne kobiety: Lilianę, Evę-Natalię stworzoną specjalnie dla niego w wyniku eksperymentu, a na koniec Renatę. Bohater spada na samo dno zaświatowej hierarchii, jest niewolnikiem, ale stopniowo oswaja się z realiami światów pod Skałą, mężnieje, staje się legionistą, zmieniając się w zupełnie innego człowieka niż był przed wejściem w watykańskie podziemia.
Dlaczego “Miasta pod Skałą” uważam za powieść wyśmienitą i wyjątkową? Powodów jest co najmniej kilka. Huberath tak skonstruował książkę, że można odczytywać ją na kilku poziomach różniących się stopniem pokomplikowania i oporu, jaki tekst stawia odbiorcy, na każdym z nich odnajdując inne przyjemności z lektury. Wskażę tylko kilka z nich. Na poziomie podstawowym powieść jest barwną, obfitującą w przygody i nagłe zwroty akcji opowieścią o przemianie wymoczkowatego naukowca w prawdziwego faceta. Można także potraktować ją jako swoistą grę, w której autor przetwarza historię praojca Adama. “Miasta pod Skałą” są także – to kolejny poziom – książką o złu wciąż obecnym w życiu ludzi, mimo iż wciąż zwalczanym, zamykanym “pod skałę”. Zło symbolizują w powieści postaci upadłych aniołów – Człokousta i Pana z Morza, jakże ludzkich w swoich słabościach.
Huberath lubi w swoich utworach poruszać zagadnienia związane z wiarą, religią, piekłem (rewelacyjne opowiadanie “Kara większa”). “Miasta pod skałą” to kolejna wizja piekła – wizja przerażająca i wywołująca strach, dlatego lepiej dawkować ją sobie w małych ilościach. Czytając “Miasta pod skałą” nie można też zapomnieć o klasie Huberatha – pisarza, który czysto literacko wspiął się na szpicę polskiej literatury popularnej (Sapkowski, Kres, Dukaj, Grzędowicz, Huberath). Książka z tych, które się czyta kręcąc z niedowierzaniem głową, a potem pyta: co ten facet ma w głowie?
Przed przystąpieniem do lektury powieści “Miasta pod skałą” warto zapoznać się z inną twórczością Marka S. Huberatha. Znakomitą okazją do tego jest zbiór jego opowiadań “Balsam długiego pożegnania”. W zbiorze tym znaleźć można rewelacyjne opowiadanie “Kara większa” (nagroda Zajdla) oraz inne, równie świetne, opowiadania: “Wrócieeś Sneogg, wiedziaam…”, “Trzy kobiety Dona”, “Ostatni, którzy wyszli z Raju”. Są tu również nowe opowiadania nie ustępujące klasie starszym (chociażby tytułowy “Balsam długiego pożegnania”, czy “Trzeba przejść groblą”), nie brakuje jednak i słabszych momentów: “K. miał zwyczaj” oraz “Akt szkicowany ołówkiem” to właściwie konspekty a nie nowe opowiadania.
Podsumowując, “Balsam długiego pożegnania” to doskonała okazja do zapoznania się z opowiadaniami Marka S. Huberatha, nadrobienia zaległości lub uzupełnienia braków, gdyż do tej pory opowiadania tego znakomitego autora były trudno dostępne.
2008-08-22
Marek S. Huberath – “Miasta pod skałą”, “Balsam długiego pożegnania”
2008-08-15
Zawrat (zimą): Murowaniec – Zawrat – Murowaniec
Nauczony doświadczeniem poprzedniej zimowej wyprawy w Tatry, tym razem zaopatrzyłem się w jeszcze większy plecak, zabrałem jeszcze więcej niepotrzebnych rzeczy i poczłapałem do Murowańca. Tutaj, już tradycyjnie, miała być nasza baza wypadowa. Plany, jak zwykle, mieliśmy ambitne, życie (i pogoda), jak zwykle zresztą, wszystko zweryfikowały.
Następnego dnia wyruszamy na przetarcie. Ponieważ poprzednim razem nie udało nam się dotrzeć na Zawrat, postanowiliśmy to uczynić tym razem. Pogoda nie jest najlepsza. Jest ciepło i pochmurno. Do Czarnego Stawu Gąsienicowego docieramy bez przeszkód. Przechodzimy przez zamarznięty staw i kierujemy się w stronę Zmarzłego Stawu. Niebo powlekają ołowiane chmury, zaczyna silnie wiać i pada śnieg z deszczem. Jesteśmy twardzi, idziemy dalej.

To białe w dole, to właśnie Czarny Staw Gąsienicowy.
Decyzja okazuje się niezwykle trafna, gdyż po chwili wiatr przegania chmury. Do Zmarzłego Stawu dochodzimy w blasku słońca.
Chwila odpoczynku i wyruszamy na Zawrat. Latem szlak wije się w skale ubezpieczonej łańcuchami po lewej stronie Zawratowego Żlebu. W zimie nie widać żadnych łańcuchów. Raki na nogi, czekan w dłoń i pniemy się w górę środkiem żlebu.

Zmarzły Staw za nami, Zawrat przed nami.
Na przełęczy Zawrat (2158m npm) wiosna w pełni – piękna, słoneczna pogoda, od strony Słowacji wieje lekki, ciepły wietrzyk. Delektujemy się więc pięknymi widokami, jemy batoniki, przepijamy gorącą herbatą z termosów.

Widok z Zawratu.

Widok z Zawratu - w roli głównej Pan Czekan.
Po chwili od strony Doliny Pięciu Stawów Polskich na Zawrat wdrapuje się dwóch narciarzy z ciężkimi plecakami. Nieco zaniepokojeni pytają się o warunki zjazdu z Zawratu. Dodajemy im odwagi i patrzymy czy przeżyli zjazd. Po chwili sami zaś stosując dupozjazdy zjeżdżamy do Zmarzłego Stawu. Tutaj urządzamy krótki postój, a ponieważ mamy trochę szpeju bawimy się w wspinaczkę lodową na zamarzniętym wodospadzie.

Wspinaczka lodowa - Photoshop w akcji
Po powrocie do schroniska snujemy przy grzanym piwie plany na następny dzień. Wybór pada na Kościelec. Pełni nadziei kładziemy się spać, a rano czeka nas niemiła niespodzianka. Na zewnątrz słońcie smaży niczym w lecie, a termometr przed schroniskiem pokazuje 15 stopni powyżej zera. W takich warunkach niestety z Kościelca nic nie będzie – jest po prostu za ciepło, przez co wzrosło znacznie zagrożenie lawinowe. Robimy krótką naradę i postanawiamy się przejść gdzieś, gdzie nie dochodzą promienie słoneczne.
Idziemy więc do kolejki krzesełkowej na Hali Gąsienicowej. Okazuje się, że kolejka nie kursuje, bo na górze wieje dość mocno. Od stacji kolejki kierujemy się mniej więcej czarnym szlakiem w stronę Świnickiej Przełęczy, w pewnym momencie skręcamy jednak nieco w prawo i schodzimy ze szlaku. Idziemy w stronę zacienionego Skrajnego Żlebu, który po zaskakująco stromych zboczach wyprowadza nas na Skrajną Przełęcz (2071m npm).

Podejście na Skrajną Przełęcz.

Widok ze Skrajnej Przełęczy na Cichą Dolinę.
Na przełęczy rzeczywiście wieje dość mocno. Nie podziwiamy więc zbyt długo widoków, tylko udajemy się w stronę Liliowego i Beskidu, gdzie jak najszybciej chowamy się przed wiatrem po północnej stronie zbocza. Ponieważ z podowu silnego wiatru nie kursują żadne kolejki, na szlaku nie spotykamy żywego ducha, otacza nas biała pustynia. Wracamy do schroniska, prognoza pogody nie jest niestety najlepsza, postanawiamy więc zakończyć nasze tegoroczne zimowe zmagania w Tatrach. Następnego dnia schodzimy do Zakopanego w strugach deszczu.
W lutym. W Tatrach. I niech mi ktoś powie, że nie ma globalnego ocieplenia.
Mimo tego, Tatry zimą to nadal zupełnie inna bajka niż w lecie. Wieczory w prawie pustym schronisku, brak narciarzy na Kasprowym Wierchu, a w konsekwencji nie spotkanie na szlaku żywego ducha – coż, takie rzeczy w Tatrach tylko w zimie.
2008-08-09
Bystra Ławka: Strbske Pleso – Bystre Sedlo – Chata pod Soliskom – Strbske Pleso
Wycieczkę na Bystrą Ławkę (Bystre Sedlo, 2314m npm) zaliczyć należy do jednej z najatrakcyjniejszych w słowackich Tatrach. Po drodze wędrujemy malowniczymi dolinami, mijamy piękny wodospad, wspinamy się niemal pionowymi podejściami z ekspozycjami ubezpieczonymi łańcuchami, mamy urocze jeziorka i stawy, wreszcie trudną wysokogórską przełęcz – ale po kolei.
Idealnym punktem rozpoczęcia wycieczki jest miejscowość zwana Szczyrbskim Jeziorem (Strbske Pleso) położona nad jeziorem (1347m npm) o tej samej nazwie. Do Szczyrbskiego Jeziora najdogodniej dostać się kolejką elektryczną (elektricka) – w miejscowości znajduje się ostatnia stacja tej kolejki. Z tejże stacji udajemy się w górę mijając rozliczne sklepy spożywcze, bary, restauracje i hotele. Asfaltową drogą dochodzimy do żółtego szlaku i rozpoczynamy mozolne podejście wgłąb Doliny Młynnickiej (Mlynicka Dolina).
Podejście jest może i mozolne, ale bynajmniej nie nudne. Po około godzinie marszu dochodzimy do Jeziorka pod Skokiem (Pliesko pod Skokom) – małego oczka wodnego do którego wpadają wody Wodospadu Skok. Dalsza droga wiedzie tuż obok tego właśnie wodospadu – nic więc dziwnego, że jest ona trudna, z ekspozycjami, ale i ubezpeczeniami w postaci łańcuchów. Należy tutaj zachować szczególną ostrożność, zwłasza gdy skały są mokre.

Wodospad Skok

Widok na Jeziorko pod Skokiem
Po przejściu tego trudniejszego momentu dochodzimy do Stawu nad Skokiem (Pleso nad Skokom, 1801m npm), skąd po wielkich głazach udajemy się dalej wgłąb Doliny Młynnickiej. Po obu stronach doliny piętrzą się groźne i wysokie granie – po lewej Grań Soliska (Solisko), a po prawej Grań Baszt (Hreben Bast). Mija kolejna godzina wycieczki, mijamy małe jeziorka, kolejne ostre podejście i znajdujemy się nad Capim Stawem (Capie Pleso, 2075m npm).

Capi Staw

Capi Staw
Widać stąd kolejne jeziorko – zamarznięty zazwyczaj przez cały rok Kolisty Staw (Okruhle Pleso, 2105m npm) a także cel naszej wędrówki – Bystrą Ławkę. W tym miejscu warto dodać, że szlak na Bystrą Ławkę jest jednokierunkowy i należy go przechodzić w sposób opisany przeze mnie: ze wschodu na zachód lub inaczej mówiąc z Doliny Młynnickiej do Doliny Furkotnej (Furkotska Dolina). Podejście na Bystrą Ławkę rozpoczyna się niewinnie – żółty szlak obchodzi z lewej strony Capi Staw, miejscami obniżając się znacznie. Szybko jednak robi się stromo i szybko nabieramy też wysokości. Wspinaczka nie jest trudna aż do samej przełęczy, która jest niezwykle wąska, są nieduże trudności techniczne i trochę ekspozycji – przejście przez samą przełęcz ubezpieczone jest łańcuchami. Przejście przełęczy (od Capiego Stawu) w sprzyjających warunkach (brak kolejek) zajmuje około godziny.

Podejście pod Bystrą Ławkę

Bystra Ławka

Bystra Ławka
Z przełęczy widać doskonale Krywań oraz Zachodnie Tatry – wiodą z niej również nieoznakowane ścieżki na dwa niezwykle dogodne punkty obserwacyjne – Furkot (Furkotsky Stit, 2404m npm) i dalej na Hruby Wierch (Hruby Vrch, 2428m npm). Na Bystrej Ławce byłem dwa razy, ale jakoś nigdy nie było sposobności o nie zawadzić. Cóż – jak to mówią – do trzech razy sztuka.
Żółty szlak wiedzie zaś z Bystrej Ławki obsypującym się zboczem nad Wyżni Furkotny Staw (Vysne Wahlenbergovo Pleso, 2157m npm), dalej zaś w drodze na dół mijamy Niżni Furkotny Staw (Nizne Wahlenbergovo Pleso, 2053m npm) i po kolejnej godzinie dochodzimy do Rozcięcia pod Soliskiem (Razcestie pod Soliskom, 1710m npm). Stąd mamy dwa alternatywne sposoby powrotu do Szczyrbskiego Jeziora. Tańszy i dłuższy polega na dalszym marszu żółtym szlakiem aż do Tatrzańskiej Magistrali (szlak czerwony), a następnie marszu w/w szlakiem czerwonym do Szczyrbskiego Jeziora – kolejna godzina.
Droższy, ale znacznie krótszy i przyjemniejszy sposób polega na spacerku niebieskim szlakiem (około 15 minut) do Schroniska na Solisku (Chata pod Soliskom, 1830m npm). Ze schroniska można udać się na Skrajne Solisko (Predne Solisko 2093m npm – 1h30′ w obie strony), wypić piwo lub dwa w samym schronisku, wreszcie zaś nacieszyć oczy panoramą Szczyrbskiego Jeziora. Ze schroniska do Szczyrbskiego Jeziora wiedzie szlak niebieski, ale skoro weszliśmy aż tutaj nie warto na dół schodzić, ponieważ można tam zjechać kolejką krzesełkową.

Schronisko pod Soliskiem - widok na Szczyrbskie Jezioro
Wycieczka na Bystrą Ławkę, wraz z dużą ilością przerw na odpoczynek, zajmuje około 6 godzin.
2008-08-08
Lista nowych klawiszy, które chciałbym mieć na mojej klawiaturze:
- proszę
- dziękuję
- zajebiste
- spierdalaj
- zdychaj
- ojojoj… przepraszam
2008-08-01
Sławkowski Szczyt: Hrebienok – Slavkovsky Stit – Hrebienok
Sławkowski Szczyt (2452m npm) to olbrzymi masyw górujący nad Starym Smokowcem, jednocześnie jest on jednym z łatwiej dostępnych szczytów o wysokości ponad 2400 metrów (nie ma praktycznie miejsc eksponowanych). Nic więc dziwnego, że jest celem wielu wycieczek.
Podejście na Sławkowski najlepiej rozpocząć z Starym Smokowcu od udania się kolejką do Siodełka (Hrebienok, 1285m npm), stąd czerwonym szlakiem (będącym częścią Tatrzańskiej Magistrali) udajemy się na zachód, by po pół godzinnym spacerku dotrzeć do rozcięcia pod Sławkowskim Szczytem (Razcestie pod Slavkovskym Stitom, 1355m npm). Do rozcięcia można dostać się również bezpośrednio ze Starego Smokowca – niebieskim szlakiem czeka nas godzinny marsz pod górę.
Od miejsca rozcięcia, skręcamy w prawo i rozpoczynamy mozolne podejście na Sławkowski Grzebień (Strbavy Hreben). Ścieżka wiedzie najpierw lasem, a następnie wije się w kosodrzewinie. Mozolną wędrówkę umilają wspaniałe widoki na doliny: Staroleśną i Zimnej Wody oraz spotkania (częste na tym szlaku) z kozicami. Z samego grzebienia roztaczają się kolejne widoki – tym razem na Smokowce i inne spiskie miejscowości Słowacji, a na północy na szczyty znajdujące się za Staroleśną Doliną.


Sławkowski Grzebień kończy się na Królewskim Nosie (Kralovsky Nos, 2273m npm), skąd nadal niebieskim szlakiem rozpoczyna się ostatni etap (około 40 minut) podejścia na Sławkowski Szczyt. Sam szczyt jest zawalony kamiennymi głazami – na jednym z takich głazów umieszczono żelazny krzyż. Znaleźć można również specjalnie przygotowaną platformę, gdyby ktoś zechciał (nielegalnie!) przenocować na szczycie. Ze szczytu widoki są jeszcze piękniejsze niż w czasie podejścia.





Od momentu rozpoczęcia wspinaczki (Razcestie pod Slavkovskym Stitom), znaki podają, że potrwa ona około 3,30h – spokojnie można się jednak zmieścić z 2 godzinach. Zejście odbywa się tym samy szlakiem (niebieskim) i trwa około 1,30h. Z miejsca rozcięcia wybraliśmy od razu zejście niebieskim do Starego Smokowca – spacer na dół zajął nam około pół godziny.
Wycieczka na Sławkowski Szczyt jest godna polecenia każdemu, kto chce wejść na wyższy szczyt – brak tutaj trudności technicznych oraz ekspozycji. Sam szczyt jest łatwo dostępny, a wspaniała panorama rozciągająca się z wierzchołka z nawiązką rekompensuje trudy nudnego i mozolnego podejścia.