staruszek 2.0

2008-09-30

Paul Kearney – Boże Monarchie

Na cykl “Boże Monarchie” Paul’a Kearney’a składa się pięć tomów: “Wyprawa Hawkwooda”, “Królowie heretycy”, “Żelazne wojny”, “Drugie imperium” oraz “Okręty z zachodu”. Nie ukrywam, że przystępując do lektury pierwszego tomu cyklu byłem pewien obaw, czy nie będzie to typowa zachodnia fantasy jakich pełno na półkach polskich księgarń. Na szczęście moje obawy nie sprawdziły się.

Pierwszy tom pochłonął mnie samą tylko tematyką – morską wyprawą w nieznane. Paul Kearney interesuje sie żeglarstwem. I to w jego książkach widać. Nie przypominam sobie równie dobrej marynistycznej fantasy oprócz kultowego już “Króla Bezmiarów” Kresa. W kolejnych tomach, opisów morskich wojaży jest nieco mniej, więcej za to monumentalnych wojen i bitew lądowych, ale w niczym nie psuje to przyjemności lektury. To co rzuca się w oczy w miarę lektury kolejnych tomów, to przede wszystkim wrażenie, iż autor doskonale zaplanował sobie rozwój fabuły, panuje nad wszystkimi wątkami i doskonale wie, jak zakończy się całość. Brak też denerwującego mnie strasznie, ciągłego przypominania, co wydarzyło się w poprzednich tomach oraz tego kto jest kim. Poszczególne tomy niby da się czytać bez znajomości innych, ale traci się wtedy naprawdę wiele.
Oczywiście Kearney nie jest wirtuozem pióra (być może to wina przekładu?) ale poszczególne tomy czyta się z przyjemnością. Swoich bohaterów Kearney traktuje z sympatią, ale nie szczędzi im ciężkich przeżyć, i jeśli ktoś liczy na happy end, to bardzo się przeliczy. Ciekawym zabiegiem (bardzo udanym) jest umieszczenie akcji ostatniego tomu kilkanaście lat później niż wydarzenia opisane we wcześniejszych tomach. Oprócz czysto rozrywkowego charakteru książek Kearney’a między wierszami można wyczytać o istocie powstawania religii, róznic pomiędzy religiami oraz mechanizmu wojen religinych.
“Boże Monarchie” to niezwykle udany cykl czytadeł fantasy, z doskonale wyważonymi proporcjami między dynamicznymi opisami bitew, statycznymi opisami kulisów władzy politycznej i religijnej plus dodatkowo wątek marynistyczny – czegóż chcieć więcej?

2008-09-26

Ostatnio obejrzane.

Nie tak dawno temu, skuszony niezwykle przychylnymi recenzjami, wybrałem się do kina na film “The Dark Knight”. I muszę przyznać się, że nie zawiodłem się. W “Batman Begins” Christopher Nolan zrobił z kinem batmańskim dokładnie to samo, co w “The Dark Knight” Joker robi z ołówkiem. Szybkim ruchem zgładził wszystko. Kompletnie odciął się od mitologii stworzonej przez poprzedników. Jego Batman był mroczny, jego historia opowiedziana na poważnie i realistycznie. Oglądało się to dobrze, ale tego pierwszego filmu nie można było określić niczym więcej niż tylko poprawnym blockbusterem.
W “The Dark Knight” (TDK) Nolan rozpoczyna swoją historię tam, gdzie zakończyła się pierwsza. Poszedł jednak o krok dalej. Pozbawił produkcję rozrywkowości, jednocześnie pozostawiając w swoim filmie sceny stricte rozrywkowe. Są tu motywy, podczas których powinniśmy przestawić się na odbiór radosnego dzieciaka, który ogląda w kinie genialnie nakręcony pościg czy rewelacyjny wybuch. Jednak tak się nie dzieje. TDK jest ponury, poważny, a mimo to nie wiadomo, kiedy minęły dwie i pół godziny seansu. Film Nolana ma pełny katalog zalet: od genialnego aktorstwa przez ujęcia mrocznego miasta aż po sceny, przy których popcorn grzęźnie w przełyku.
Jeżeli miałbym się do czegoś w tym filmie przyczepić, to do sposobu, w jaki Nolan w końcówce postanowił nieco oczyścić atmosferę. Zupełnie jakby się przeraził mroku, brudu i szaleństwa jakie wyprodukował przez ponad dwie godziny. Zupełnie jakby przestraszył się tego, że wychodzi mu coś totalnie przerażającego a zarazem genialnego. I w ciągu ostatnich 10 minut wziął i to był rozrzedził. Nie wiem czy to jego pomysł, czy też odgórne wytyczne kolesi trzymających kasę. Dość powiedzieć, że gdyby w końcówce pozostawił nas w tym nieprzewidywalnym chaosie jaki przez cały film produkował, to byłoby arcydzieło, film wybitny, a tak jest bardzo dobry.
Jak dla mnie “Mroczny Rycerz” jest najlepszym filmem tego roku, chociaż zapewne padnie ofiarą politycznej poprawności i Oscar za najlepszy film przypadnie jakiejś nieco bardziej poprawnej historii.
Na deser obejrzałem sobie w domu “American Gangster”. Film opowiada prawdziwą historię Frank Lucas’a (w tej roli Denzel Washington), który w latach 70 ubiegłego wieku dzięki handlowi heroiną wysokiej jakości, sprowadzaną prosto od producenta z Bangkoku, stał się najbardziej wpływowym handlarzem narkotyków. W filmie zostaje przedstawiona historia Lucasa, a także uczciwego i nieprzekupnego gliny z wydziału narkotykowego próbujacego złapać Lucasa – detektywa Richie Roberts’a (Russell Crowe).
Film zrobiony według klasycznych wzorców kina gangsterskiego ogląda się dobrze. Historia opowiedziana jest ciekawie, a realia Harlemu w latach 70 odtworzone pieczołowicie i drobiazgowo (duża w tym zasługa doskonałej ścieżki dźwiękowej). Siłą napędową filmu zdecydowanie jest wątek Franka Lucasa i to grający go Denzel Washington aktorsko wybija się na pierwszy plan. Ta historia przedstawia się ciekawiej, w sposób bardziej rozbudowany i barwniejszy od banalnego życia Robertsa granego przez Crowe’a. Dodatkowego smaczku, nadaje filmowi, szereg świetnie obsadzonych postaci drugo-, a nawet trzecioplanowych, które dodatkowo skupiają uwagę, odbierając nasze zainteresowanie bohaterowi Crowe’a. Wcielenia Cuby Goodinga Jr., Ruby Dee, Chiwetela Ejiofora to małe cudeńka, świetne stopione w jednolite tło dla postaci granej przez Washingtona. Także dzięki nim wątek Franka Lucasa stanowi kompletną opowieść, podczas gdy Roberts pełni rolę cienia, dopełnienia, a nie bohatera równorzędnego tytułowemu gangsterowi. Blady i rozpisany na kolanie motyw policjanta rozpracowującego narkotykowego barona przyplątał się tu chyba z innego filmu.
Oglądając tą klasyczną, gangsterską historię cały czas nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już to widziałem, że film ten powstał jakieś 30 lat za późno. Bo czym tak naprawdę może zaskoczyć nas ta historia? Co nowego może wnieść do klasyki kina gangsterskiego (“Godfather”, “Once Upon a Time in America”, “Goodfellas”, “Scarface”, “Carlito’s Way”, “Serpico”) film Ridleya Scott’a? Niestety nic.
“American gangster” to dobry film, perfekcyjnie nakręcony, ze świetnie opowiedzianą historią, ale nic nowego nie wnoszący, nie mający szans na stanie się dla kina gangsterskiego tym, czym chociażby “Unforgiven” dla westernu.

2008-09-11

A propos kolejnej rocznicy 11 września…

Nowe pokolenie terrorystów jest już w drodze:

2008-09-01

Gierlach: Tatranska Polianka – Sliezsky Dom – Gerlachovsky Stit – Sliezsky Dom – Tatranska Polianka

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 21:02:07
Tags: , , , , , ,

Na Gierlach (Gerlachovsky Stit, 2654m npm) chciałem wybrać się od momentu, gdy zacząłem chodzić po Tatrach. Dawniej na szczyt wiódł szlak ubezpieczony klamrami i łańcuchami. Słowacy usunęli wszystkie łańcuchy oraz oznakowania szlaku i zaczęli robić biznes – na szczyt można wejść tylko w towarzystwie uprawnionego przewodnika (w roku 2008 mógł on zabrać jednocześnie 4 osoby, a koszt takiego przedsięwzięcia to 900PLN – słowacki przewodnik bierze trochę mniej). Można również podjąć ryzyko i wejść na własną rękę korzystając chociażby z opisu drogi zamieszczonej w kultowym już przewodniku Nyki. Przestrzegam jednak przed lekceważeniem Gierlacha – wbrew powszechnej opinii nie jest to prosta góra: są klamry i sporo ekspozycji, zaś przy gorszej pogodzie bardzo łatwo o zgubienie właściwej, wijącej się wśród skał, ścieżki. Tutaj i tutaj można znaleźć pouczające historie jak nie należy wchodzić na Gierlach.
Z przewodnikiem umówiliśmy się po polskiej stronie w Zakopanym o 5 rano. Pakujemy się do samochodu i jedziemy do Tatrzańskiej Polanki (Tatranska Polianka). Stąd busem udajemy się do Śląskiego Domu (Sliezsky Dom, 1670m npm). Koszt wyjazdu (dzięki znajomościom przewodnika) wyniósł tylko 400SKK.
Dokładnie kwadrans przed siódmą wyruszamy spod Wielickiego Stawu (Velicke Pleso). Jest chłodno, słońce dopiero wstaje, wieje jak cholera, ale widoczność zapowiada się rewelacyjna.
Od Wielickiego Stawu idziemy w górę zielonym szlakiem wiodącym przez Wielicką Dolinę (Velicka Dolina) na Polski Grzebień (Polsky Hreben, 2200m npm) przez około 30 minut aż nad dolny brzeg Wielickiego Ogrodu (Kvetnica). Teraz w lewo, już bez znaków, przekraczamy potok i podchodzimy skośnie w prawo, początkowo trawiastym stokiem, a potem po piargach do wylotu Wielickiego Żlebu (Velicky Zlab). Silny wiatr utrudnia podejście. Żlebem tylko kilka metrów, po czym skośnie w prawo w górę pod stromą, eksponowaną, kilkunastometrową ściankę (zwaną Wielicką Próbą). Tutaj robimy sobie krótki odpoczynek – ubieramy uprzęże i wiążemy się liną. Następnie zaczynamy wspinaczkę Wielicką Próbą przy pomocy rozlatujących się klamer (dawniej były tutaj również łańcuchy, ale wredni Słowacy je usunęli, zostały tylko same haki) na łatwiejszy teren ponad nią.

Zielony szlak na Polski Grzebień

Zielony szlak na Polski Grzebień

Próba Wielicka

Próba Wielicka

Dalej w górę zygzakiem wznosimy się trawiasto-piarżystą grzędą, ograniczającą żleb z prawej, a pod koniec skałkami i półeczką skośnie w lewo na wąskie wcięcie Przełączki nad Kotłem.

Podejście na Przełączkę pod Kotłem.

Podejście na Przełączkę pod Kotłem

Wyraźną ścieżką w prawo trawersujemy zbocza Turni Ponad Kotłem (Certova Veza) poprzez żebra i skaliste żlebki aż do szerokiego, piarżystego żlebu spadającego z Lawiniastej Przełączki. W górę skałkami zaraz na lewo od żlebu na przełączkę. Trawersujemy zboczami Małego Gierlacha i dochodzimy do przełączki pod tym szczytem. Można stąd w prawo w ciągu 10 minut wejść na wierzchołek Małego Gierlacha (Kotlovy Stit, 2601m npm). Z przełączki nieco w dół już na stronę Doliny Batyżowieckiej (Batizovska Dolina). Po czym dłuższym trawersem, falistą linią, ale prawie poziomo zboczem Małego i Pośredniego Gierlachu, przekraczając liczne rynny i żebra (znowu klamry, a dawniej również łańcuchy) dochodzimy do ogromnego, głębokiego Batyżowieckiego Żlebu (Batizovsky Zlab). Schodzimy na jego dno, tworzące tutaj rodzaj kotła. Batyżowieckim Żlebem w górę tylko kilkanaście metrów i dalej odgałęziającą się od niego w lewo stromą rynną skalną (kiedyś był tu łańcuch) wprost na wierzchołek Gierlachu.

To małe w dole, to jak sama nazwa wskazuje - Mała Wysoka.

To małe w dole, to jak sama nazwa wskazuje - Mała Wysoka.

Ostatnie podejście na Gerlacha

Ostatnie podejście na Gerlacha

W drodze na ostatnie podejście

W drodze na ostatnie podejście

Czas wejścia wyniósł 3 godziny. Na szczycie urządzamy sobie sesję zdjęciową oraz przerwę na śniadanie. Jest tłoczno, prawie jak na Giewoncie. Na górze spędzamy pół godziny podziwiając fenomenalne widoki: widać doskonale Staroleśny, Sławkowski, Małą Wysoką, Polski Grzebień, Batyżowiecki, Kończystą, Zmarzły, Ganek, Wysoką, Rysy – można by wymieniać i podziwiać godzinami.

Krzyż na szczycie

Krzyż na szczycie

Staroleśny Szczyt, czyli po polsku Staroleśny Szczyt

Bradavica, czyli po polsku Staroleśny Szczyt

Vysoka, czyli Wysoka

Vysoka, czyli po polsku Wysoka

Ze szczytu Gierlachu schodzimy stromą rynną (dawniej łańcuch) i potem w lewo, przez żeberko, do miejsca, gdzie żleb tworzy rodzaj kotła (identycznie jak wchodziliśmy). Teraz w prawo w dół stromo, najpierw po prawej, a potem po lewej stronie żlebu. Wybór drogi ułatwiają wyraźne ślady ścieżki. W dolnej części żlebu (ponad jego obrywem) w lewo przez żeberko i piarżystym żlebkiem w lewo skos nad górną część pionowej sześciometrowej ścianki, zwanej Batyżowiecką Próbą. Schodzimy nią w wielkiej ekspozycji przy pomocy klamer. Dalej w lewo w dół rynną (dawniej przy pomocy łańcuchów), a potem trawers w lewo i stromo w zygzak (klamry) skałami charakterystycznej Białej Ściany do jej podnóża na piargi lub śnieg. Tutaj odpinamy się od liny i ściągamy uprzęże. Idziemy w prawo po piargach Niżnej Batyżowieckiej Równi i w lewo w dół aż nad skalisty próg, zwany Wyżnie Batyżowieckie Spady. Wyraźną ścieżką zakosami poprzez próg, a potem początkowo prawie poziomym, trawiasto-skalistym wałem, a dalej wśród wielkich want dochodzimy nad północny brzeg Batyżowieckiego Stawu (Batizovske Pleso, 1884m npm). Staw obchodzimy lewą stroną i dochodzimy do czerwonego szlaku (Magistrala Tatrzańska) nad jego południowym brzegiem. Zejście zajęło nam dwie godziny.

Żleb Batyżowiecki

Żleb Batyżowiecki

Stąd udajemy się Magistralą do Śląskiego Domu – czas dojścia około godzina, gdzie czekając na busa jemy lekki obiad. Znowu przydają się znajomości przewodnika – kurs na dół do Tatrzańskiej Polanki kosztował nas tylko 300SKK. Pakujemy się w auto i wracamy do Zakopca. Tutaj jemy wreszcie porządny obiad, opijamy wejście na Gierlacha, rozliczamy się z przewodnikiem i wstępnie umawiamy na następną wycieczkę – na Wysoką.

Schemat Doliny Wielickie - wejście na Gerlach

Schemat Doliny Wielickiej - wejście na Gierlach

Schemat Doliny Batyżowieckiej - zejście z Gerlacha

Schemat Doliny Batyżowieckiej - zejście z Gierlacha

Blog na WordPress.com.