Trylogia łotrzykowsko-heroiczna Waldemara Łysiaka zauroczyła mnie i wciągnęła bez reszty. Stwierdziłem więc, że warto przeczytać coś jeszcze autorstwa tegoż pisarza. Sięgnąłem więc, zachęcony pozytywnymi recenzjami, po słynne “MW”, czyli Muzeum Wyobraźni Waldemara Łysiaka. MW to nic innego jak zbiór esejów osnutych na przeróżnych obrazach, które też w MW są reprodukowane (na kredowym papierze).
Książka jest przereklamowana. Przede wszystkim jest bardzo nierówna – kawałki genialne, które czyta się jednym tchem i zastanawia się, jak można napisać coś takiego, przeplatają się z nudnymi dłużyznami, które pretendują do miana poezji. Na taki a nie inny odbiór przeze mnie tej książki wpływa z pewnością fakt, że zarówno malarstwo jak i poezja nie są moimi ulubionymi konikami. Tam gdzie jedni widzą “farbę kładzioną chaotycznie, waloną pozornie przypadkowo, jednakże barwy kryształowo czyste i prześwietlone promiennym światłem”, ja widzę bohomazy pijaczyny upalonego opium. No, ale jak to mówią: sztuka jest jak gówno – najpierw musisz ją poczuć…
Momenty w MW z pewnością są, ale rzadko – najsłynniejszy cytat znaleźć można chociażby tutaj. Z pewnością też MW zahamuje poznawanie przeze mnie kolejnych “Łysiaków” z “Empireum” i “Malarstwem białego człowieka” na czele (tym bardziej, że całość MBC – 8 tomów, jest niedostępne w księgarniach, zaś na Allegro ceny kształtują się w granicach 5000PLN za komplet).