staruszek 2.0

2009-02-21

Lloyd C. Douglas – Szata, Wielki Rybak

Szata

Do przeczytania książek “Szata” oraz “Wielki Rybak” autorstwa Lloyda C. Douglasa skłoniła mnie zachęta ze strony znajomego. Znamy się od lat, nieraz pożyczaliśmy sobie wzajemnie książki, wydawało mi się więc, że zna już moje gusta literackie dość dobrze. “Szata”, to według wydawcy, powieść zbliżona tematycznie do Sienkiewiczowskiego “Quo Vadis”. Akcja rozgrywa się w Rzymie i Jerozolimie w czasach Chrystusa i koncentruje na sprawach i postawach ludzi przed którymi staje Chrystus – tak jak przed Marcellusem Gallio, posiadaczem wygranej szaty Ukrzyżowanego, która odmienia życie trybuna rzymskiego. “Wielki Rybak” zaś stanowi jakby dalszy ciąg “Szaty”. Tytułowym bohaterem jest oczywiście Szymon, autor zaś koncentruje się na przedstawieniu dylematów moralnych człowieka, który zaparłszy się Chrystusa potrafi znaleźć siłę, aby przeistoczyć się w Piotra – Opokę i pozostać wiernym ideom głoszonym przez Chrystusa aż po męczeński kres. Po raz kolejny okazało się, że nadużywana, z uporem godnym lepszej sprawy, przez wydawców metoda polegająca na wypisywaniu na okładkach jakim to wspaniałym następcą klasyka jest dany autor, powinna być raczej ostrzeżeniem niż zachętą do czytania. Oczywiście powieści Douglasa są znacznie słabsze niż “Quo Vadis” – na szczęście nie jest tak źle jak z inną książką wzorującą się na powieści Sienkiewicza – “Quo Vadis Trzecie Tysiąclecie” Martina Abrama (to jest dopiero gniot jakich mało). Obie powieści mają zachwianą konstrukcję – najpierw jest powolne budowanie akcji, poznajemy bohaterów i sytuację. I gdy zaczyna sie robić naprawdę ciekawie autor na dosłownie 30 stronach rozwiązuje wszystkie wątki. Przyznam, że takie rozwiązania wkurzają mnie strasznie. Również tematyka poruszana przez Douglas (a także styl, jakim to czyni) nie należą do moich ulubionych – i tu mam duże pretensje do znajomego, który wszak powinien znać moje literackie upodobania. To, co mi się podobało w powyższych powieściach, to sposób w jaki Douglas przedstawia Chrystusa i jego naukę. Jezus ukazany jest jako człowiek głoszący nauki o nowym Królestwie Bożym, przy okazji niejako, uzdrawiając chorych i kalekich. Wszyscy, którzy spotykają go, wiedzą, że spotkali człowieka niezwykłego. Na niektórych spotkanie to i nauki Jezusa wywierają olbrzymie wrażenie. Zostają jego uczniami i wyznawcami, odkrywają jego boskość. Większość powraca jednak do codzienności i żyje po staremu. Jezus i jego nauki wydają się wyprzedzać swoje czasy, większość nie jest przygotowana na ich zrozumienie, a co dopiero na ich przyjęcie i życie według ich wskazań. Najbliżsi uczniowie mają nadzieję, że w przyszłości to się zmieni. Czy aby jednak na pewno? Czy w dzisiejszych czasach Jezus zostałby zrozumiany i wysłuchany? Bardzo w to wątpię. Temat ten poruszył chociażby Rafał Ziemkiewicz w znakomitej “Jawnogrzesznicy”.

2009-02-06

Steven Erikson: Niezależne opowieści ze świata Malazańskiej Księgi Poległych.

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 14:45:02
Tags: , , , ,

Steven Erikson – nazwisko tego kanadyjskiego pisarza słyszałem już dawno temu. Co pewien czas powracało do mnie w coraz to lepszych recenzjach kolejnych tomów z cyklu Malazańska Księga Poległych. Przyznam, że zawsze pociągała mnie (wiem, jestem masochistą) lektura rozbudowanego cyklu fantasy. Większość recenzji Malazańskiej Księgi to same superlatywy i zachwyty – czyżby można było połączyć przyjemne z pożytecznym?
Zachęcony recenzjami postanowiłem zacząć od trzech powiastek o przygodach Bauchelaina, Korbala Broacha oraz ich pełnego wad lokaja – Emancipora Reese’a. Nowele te, liczące średnio nieco ponad 100 stron, nie są związane z głównymi wydarzeniami cyklu, ale wedle słów wydawcy mają stanowić “idealny wstęp dla tych, którzy sagi Eriksona nie znają, a także doskonałą lekturą dla miłośników cyklu”. Nie wiem jak jest z drugą częścią tego stwierdzenia, ale jeżeli chodzi o “idealny wstęp” to jest wręcz przeciwnie.
Nie chcę się tu rozpisywać o fabule tych powiastek, bo jest to sprawa drugo, a nawet trzeciorzędna. Przyznać trzeba, że pomysły to Erikson może i ma, ale z ich wykorzystaniem, stylem pisarskim, narracją jest już gorzej. Czasami dużo gorzej. Sam autor przyznaje, że sztuki narracji uczył się gdzie popadnie – jak choćby czytając Roberta Ludluma. I to widać, słychać, a nawet czuć. Czasami wręcz czułem się jakbym cofnął się w czasie i ponownie przeżywał męki lektury perełek spłodzonych przez takich mistrzów jak Brian Lumley, Guy N. Smith czy Graham Masterton (wiem, jestem masochistą). Czary goryczy dopełniają kiczowate okładki przypominające wcześniej wspomniane perełki.
Nowel Eriksona nie można tylko potępiać. Warto docenić czarny humor (zwłaszcza w “Metach Końca Śmiechu”) oraz zakręcone i odjechane pomysły na fabułę (“Zdrowe zwłoki”). Nie wystarcza to niestety, aby chętnie sięgnąć po kolejne powieści Eriksona. Tak więc “Ogrody księżyca” stoją na półce, kurzą się i czekają na lepsze czasy.

Blog na WordPress.com.