staruszek 2.0

2009-04-29

Magia liczb.

Zaszufladkowany do: The very best of Staruszek..., różności — staruszek @ 12:01:45
Tags: , ,

Kilka faktów na temat piramidy Cheopsa – przytoczę tylko liczby całkowite, gdyż w moim wieku pamięć zaczyna zawodzić :)
Jest rzeczą osobliwą, że kwadrat w podstawie ma boki długości dwustu trzydziestu dwóch metrów. Pierwotna wysokość wynosiła sto czterdzieści osiem metrów. Jeżeli przełoży się to na święte łokcie egipskie, to w podstawie będzie trzysta sześćdziesiąt sześć łokci, a więc liczbę dni w roku przestępnym. Wysokość pomnożona przez dziesięć do dziewiątej da odległość Słońca od Ziemi – sto czterdzieści osiem milionów kilometrów. Dobre przybliżenie jak na owe czasy, zważywszy na to, że obliczona w naszych czasach odległość wynosi sto czterdzieści dziewięć i pół miliona kilometrów i wcale nie jest pewne, że to współcześni naukowcy mają rację. Podstawa podzielona przez szerokość jednego bloku kamiennego da liczbę dni w roku – trzysta sześćdziesiąt pięć. Obwód podstawy wynosi dziewięćset trzydzieści jeden metrów. Jeśli podzieli się ją przez podwojoną wysokość, uzyska się trzy i czternaście setnych – liczbę pi. Wspaniałe, prawda?

Kilka faktów na temat pewnej tajemniczej szopy na narzędzia wzniesionej w nie mniej tajemniczym ogrodzie przez mojego ojca i wuja.
Szerokość framugi na drzwi wynosi dokładnie sto czterdzieści dziewięć centymetrów, a więc jedną stumiliardową odległości Ziemia – Słońce. Wysokość z tyłu podzielona przez szerokość okienka daje sto dziewięćdziesiąt przez sześćdziesiąt i czterdzieści pięć setnych, czyli trzy i czternaście setnych, czyli liczbę pi. Wysokość z tyłu, to inaczej dziewiętnaście decymetrów, a więc tyle samo, ile liczba lat w greckim cyklu księżycowym. Suma wysokości dwóch narożników przednich i dwóch tylnych daje dwieście dziewięćdziesiąt trzy razy dwa plus sto dziewięćdziesiąt razy dwa równe dziewięćset sześćdziesiąt sześć, czyli datę chrztu Polski. Wysokość podestu wynosi trzy i dziewiętnaście setnych centymetra, a szerokość framugi okienka osiem i osiem dziesiątych centymetra. Zastępując liczby całkowite odpowiadającymi im literami alfabetu łacińskiego, orzymujemy C10H8, czyli wzór chemiczny naftaliny. Fantastyczne, nieprawdaż?

2009-04-28

Wit Szostak – Wichry Smoczogór, Poszarpane granie, Glęźdzby Ropucha

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 16:35:27
Tags: , , ,

“Glęźdzby Ropucha”, czyli Podania i bajędy Międzygórza z klechd rozklecone, z pleciug wyplecione i na nowo w ględźby przesupłane przez Ropucha Eremitę w świętym i starożytnym monastyrze boga Los. Tak brzmi pełen tytuł ostatnio wydanej książki Wita Szostaka. Opowiadania do tej książki powstawały przed “Wichrami Smoczogór” i “Poszarpanymi graniami”. Zbiorek liczy szesnaście opowiadań, pozornie spojonych wyłącznie jednością świata, w jakim się dzieją. Każde inną ma fabułę, w każdym różni są bohaterowie i miejsca (choć zdarza się niektórym grać epizody w więcej niż jednym tekście), wymowę ciężko im jednaką przypisać. Tymczasem po zakończeniu lektury jest się pewnym, że połączenie ich w jedną całość nie jest przypadkiem, że wszystkie one mówią o czymś podobnym i podobną opisują historię.
Świat, gdzie rozgrywają się Ropuchowe ględźby nie jest – na pierwszy rzut oka – fantastyczny. Zazwyczaj dopiero pod koniec zdarza się cud, coś niezwykłego, powodującego całkowity zwrot akcji. Z czasem, kiedy czytelnik oswaja się z niezwykłościami książki Szostaka, czar pojawia się w tekście coraz wcześniej, jest coraz wyrazistszy, jednak końcowa niespodzianka jest czymś stałym. I za każdym razem to zakończenie nadaje opowiadaniu dodatkowe znaczenia, zaskakuje i frapuje, prowokując do poszukiwania nowych interpretacji. Cała zagadkowość jest jednak podstawą do tego, co chyba w „Ględźbach Ropucha” najważniejsze – do filozoficznego dyskursu. Opowiadania wydają się być wariacjami na lube sercu autora tematy, różnymi wersjami odpowiedzi na pytania, które Wit Szostak najbardziej sobie w filozofii ceni. Bohaterowie, stawiani są w obliczu niezwykłych miejsc i wydarzeń, co powoduje, że ich słowa i czyny nabierają wagi argumentów w toczonych od zarania świata dyskusjach. Swoje zagadki i debaty opakował Wit Szostak w niezwykły język. Pełno tu zabaw językiem. Wiele tu zagrań rodem z poezji Leśmiana, wiele nowych słów, zbitek. Autor próbuje się z językiem polskim, wyciska z niego nowe brzmienia i wplata je w swoją opowieść, dodając jej uroku.
Nie jest to prosta lektura, najlepiej zaś smakuje dozowana – jedno opowiadanie naraz – większa dawka może spowodować przesyt.
“Wichry Smoczogór” to literacki debiut Szostaka, chociaż napisana została po “Glęźbach Ropucha”. Książka niezmiernie trudna do opisania, gdyż z najwyższym trudem dałoby się odnaleźć literackiego krewniaka, do którego można by ją przyrównać. Wit Szostak stworzył powieść, która, choć mieści się w kanonach fantasy, sięga ku korzeniom tego gatunku, odkrywając w nim świeżość i głębię, którą po Tolkienie rzadko kto potrafił czytelnika zaskoczyć.
Powieść jest prosta. Ot, wichry się w Smoczogórach zbiesiły i nawet najstarsi górale nie są do końca pewni dlaczego. Zasiedli więc do rady, znaleźli sposób i wysłali Berdę, młodego gęślarza i Wrzośca, uczonego smokoznawcę, żeby przywrócili rzeczom naturalny porządek. Obaj młodzi wyruszają zatem w misję, ratować spokój swoich ukochanych gór.
Jednak, choć “Wichry Smoczogór” są oszałamiająco proste (no, można tam znaleźć kilka powikłań fabuły i skrywanych tajemnic), to zachwycają swoją głębią. Spokojna mowa smoczogórskich górali i potoczysty opis ich pięknego kraju pełen jest mądrości, nad którymi czytelnik jeszcze długo będzie myśleć. Jest w tym przejrzystość, jasność co do tego, jak świat jest urządzony, co w nim było – i co będzie. Wit Szostak pokazuje, że w kilku słowach można zamieścić wiele treści. Sądzę nawet, że dożyjemy czasów, kiedy mainstream z radością zagarnie go pod swoje skrzydła, bym móc się chełpić jego obecnością wśród głównonurtowych pisarzy.
Niejeden zawaha się, czy można uznać za fantasy książkę bez jednego miecza, czarodzieja w spiczastej czapie w gwiazdy, biuściastej elfki, czy brodatego krasnoluda. Myślę jednak, że każdy kto przeczyta tą książkę, nie zaprzeczy magii wypełniającej stworzoną przez Szostaka krainę. Choć Smoczogóry stworzono zapewne na podobieństwo istniejących gór, to są one kreacją na wskroś fantastyczną, godną porównywania z Lorien. Wiele tam czaru, ale zdaje się on wypływać z samych gór, wiejącej w nich muzyki i kształtowanych przez te dwa potężne czynniki ludzi.
Smoczogóry są pełne czaru, który nadal obecny jest w naszym świecie, i który człowiek wciąż może odnaleźć jeszcze dziś w górach i lasach. Wystarczy nieco czasu, skupienia, zastanowienia nad tym, co jest dookoła nas, a już za rogiem można odnaleźć świat pokrewny krainie z powieści Wita Szostaka, świat wprowadzający w zachwyt swoją magią. Górale mają ten czas, czas na najważniejsze i dzięki temu są w stanie zadziwić swoją wiedzą uczonych ze stolicy, a przy tym czynią dzieła zdające się profanom magią.
Wspaniały debiut, tą książką Szostak zawiesił sobie poprzeczkę niemożebnie wysoko…
I w “Poszarpanych graniach” tą poprzeczkę przeskoczył z dużym zapasem. Chronologicznie akcja powieści rozgrywa się przed wydarzeniami opisanymi w “Wichrach Smoczogór” (mamy tu Berdę jako wyrostka i opiekującego się nim Starego Rysia). Ludzie, skrzaty, drzewa i czarty żyją razem w górach, jednak wszyscy są nieco młodsi, nieco głupsi. Być może dlatego, że Koreda, główny bohater powieści, jeszcze nie wykonał tego, co mu nakazał los, i wszyscy rozumni nie do końca pojmują, o co w tym świecie chodzi. Szczególnie ciężki jest los ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą, jak postępować, żeby nie stracić duszy.
To ten sam świat. Ten sam styl. Ten sam pisarz. Piękno gór schodzi jednak na drugi plan, podobnie muzyka. Mniej tu czaru, nie ma też tej spajającej wszystko jedności krajobrazu, człowieka, dzieł jego rąk i śpiewu jego duszy. Smoczogóry są tu tradycyjną fantastyczną sceną, na której Wit Szostak odgrywa swoją sztukę. Widać, jak się toczy opowieść, charaktery bohaterów są wyrazistsze, a przekaz, którym autor raczy nas obdarzać, trafia do rozumu, a nie do serca.
Między jedną a drugą książką zgubiła się też góralszczyzna. Smoczogóry są nadal magiczne i wrośnięte w nie czary nie słabną ani o jotę, jednak ich mieszkańcy okazują się tylko ludźmi, słabymi i zawodnymi. W długiej, wielopokoleniowej sadze rodu Koźliców wiele jest porażek, błędów i zwykłej, ludzkiej głupoty. Muzyka, proste prawdy i otaczający ich majestat nie okazują się być skuteczną zaporą przed byciem zwykłym człowiekiem. Dopiero pogodzenie się ze światem i zrozumienie roli, jaką ma się do odegrania, pozwala ludziom na bezpieczną egzystencję, daleką od czartów czyhających na ich dusze. Ale na pojęcie tych prawd jest jeszcze za wcześnie, to pogodzenie się ze światem widać dopiero w “Wichrach Smoczogór”.
Bez wątpienia “Poszarpane granie” są inną powieścią niż “Wichry Smoczogór”, a jednak można w nich wyczuć ten sam klimat, te same nuty, są uzupełnieniem, zamknięciem całości. Chciałoby się jednak, żeby kiedyś Szostak powrócił jeszcze to tej tematyki. Smoczogóry są tego warte.

2009-04-27

Przyjemne z pożytecznym.

Zaszufladkowany do: The very best of Staruszek..., różności — staruszek @ 12:48:37
Tags: , ,

Czytając książkę “Wahadło Foucaulta” natknąłem się na problem generowania wszelkich możliwych kombinacji podanego ciągu znaków.
Problem okazał się na tyle ciekawy, że zastanowiłem się nad nim chwilkę. W ciągu pół godziny wymyśliłem rekurencyjny algorytm do generowania kombinacji, w ciągu kolejnych 10 minut algorytm ten zamieniłem na programik w C++, a w ciągu następnych 0,192 sekund :] wygenerowałem wszelkie możliwe kombinacje dla ciągu złożonego z sześciu liter. Poniżej rezultat działania tego programiku – siedemset dwadzieścia imion Boga:

iahveh iahvhe iahhev iahhve iahehv iahevh iahveh iahvhe
iahhev iahhve iahehv iahevh iaevhh iaevhh iaehhv iaehvh
iaehhv iaehvh iavehh iavehh iavhhe iavheh iavhhe iavheh
ihhvea ihhvae ihhaev ihhave ihheav ihheva ihaveh ihavhe
ihahev ihahve ihaehv ihaevh ihevah ihevha ihehav ihehva
iheahv iheavh ihveah ihveha ihvhae ihvhea ihvahe ihvaeh
iehvha iehvah iehahv iehavh iehhav iehhva ieavhh ieavhh
ieahhv ieahvh ieahhv ieahvh iehvah iehvha iehhav iehhva
iehahv iehavh ievhah ievhha ievhah ievhha ievahh ievahh
ivheha ivheah ivhahe ivhaeh ivhhae ivhhea ivaehh ivaehh
ivahhe ivaheh ivahhe ivaheh ivheah ivheha ivhhae ivhhea
ivhahe ivhaeh ivehah ivehha ivehah ivehha iveahh iveahh
ihveha ihveah ihvahe ihvaeh ihvhae ihvhea ihaehv ihaevh
ihavhe ihaveh ihahve ihahev ihheav ihheva ihhvae ihhvea
ihhave ihhaev ihehav ihehva ihevah ihevha iheavh iheahv
hahvei hahvie hahiev hahive haheiv hahevi haiveh haivhe
haihev haihve haiehv haievh haevih haevhi haehiv haehvi
haeihv haeivh haveih havehi havhie havhei havihe havieh
hihvea hihvae hihaev hihave hiheav hiheva hiaveh hiavhe
hiahev hiahve hiaehv hiaevh hievah hievha hiehav hiehva
hieahv hieavh hiveah hiveha hivhae hivhea hivahe hivaeh
hehvia hehvai hehaiv hehavi hehiav hehiva heavih heavhi
heahiv heahvi heaihv heaivh heivah heivha heihav heihva
heiahv heiavh heviah heviha hevhai hevhia hevahi hevaih
hvheia hvheai hvhaie hvhaei hvhiae hvhiea hvaeih hvaehi
hvahie hvahei hvaihe hvaieh hvieah hvieha hvihae hvihea
hviahe hviaeh hveiah hveiha hvehai hvehia hveahi hveaih
hhveia hhveai hhvaie hhvaei hhviae hhviea hhaeiv hhaevi
hhavie hhavei hhaive hhaiev hhieav hhieva hhivae hhivea
hhiave hhiaev hheiav hheiva hhevai hhevia hheavi hheaiv
eahvhi eahvih eahihv eahivh eahhiv eahhvi eaivhh eaivhh
eaihhv eaihvh eaihhv eaihvh eahvih eahvhi eahhiv eahhvi
eahihv eahivh eavhih eavhhi eavhih eavhhi eavihh eavihh
eihvha eihvah eihahv eihavh eihhav eihhva eiavhh eiavhh
eiahhv eiahvh eiahhv eiahvh eihvah eihvha eihhav eihhva
eihahv eihavh eivhah eivhha eivhah eivhha eivahh eivahh
ehhvia ehhvai ehhaiv ehhavi ehhiav ehhiva ehavih ehavhi
ehahiv ehahvi ehaihv ehaivh ehivah ehivha ehihav ehihva
ehiahv ehiavh ehviah ehviha ehvhai ehvhia ehvahi ehvaih
evhhia evhhai evhaih evhahi evhiah evhiha evahih evahhi
evahih evahhi evaihh evaihh evihah evihha evihah evihha
eviahh eviahh evhiah evhiha evhhai evhhia evhahi evhaih
ehvhia ehvhai ehvaih ehvahi ehviah ehviha ehahiv ehahvi
ehavih ehavhi ehaivh ehaihv ehihav ehihva ehivah ehivha
ehiavh ehiahv ehhiav ehhiva ehhvai ehhvia ehhavi ehhaiv
vahehi vaheih vahihe vahieh vahhie vahhei vaiehh vaiehh
vaihhe vaiheh vaihhe vaiheh vaheih vahehi vahhie vahhei
vahihe vahieh vaehih vaehhi vaehih vaehhi vaeihh vaeihh
viheha viheah vihahe vihaeh vihhae vihhea viaehh viaehh
viahhe viaheh viahhe viaheh viheah viheha vihhae vihhea
vihahe vihaeh viehah viehha viehah viehha vieahh vieahh
vhheia vhheai vhhaie vhhaei vhhiae vhhiea vhaeih vhaehi
vhahie vhahei vhaihe vhaieh vhieah vhieha vhihae vhihea
vhiahe vhiaeh vheiah vheiha vhehai vhehia vheahi vheaih
vehhia vehhai vehaih vehahi vehiah vehiha veahih veahhi
veahih veahhi veaihh veaihh veihah veihha veihah veihha
veiahh veiahh vehiah vehiha vehhai vehhia vehahi vehaih
vhehia vhehai vheaih vheahi vheiah vheiha vhahie vhahei
vhaeih vhaehi vhaieh vhaihe vhihae vhihea vhieah vhieha
vhiaeh vhiahe vhhiae vhhiea vhheai vhheia vhhaei vhhaie
havehi haveih havihe havieh havhie havhei haiehv haievh
haivhe haiveh haihve haihev haheiv hahevi hahvie hahvei
hahive hahiev haehiv haehvi haevih haevhi haeivh haeihv
hiveha hiveah hivahe hivaeh hivhae hivhea hiaehv hiaevh
hiavhe hiaveh hiahve hiahev hiheav hiheva hihvae hihvea
hihave hihaev hiehav hiehva hievah hievha hieavh hieahv
hhveia hhveai hhvaie hhvaei hhviae hhviea hhaeiv hhaevi
hhavie hhavei hhaive hhaiev hhieav hhieva hhivae hhivea
hhiave hhiaev hheiav hheiva hhevai hhevia hheavi hheaiv
hevhia hevhai hevaih hevahi heviah heviha heahiv heahvi
heavih heavhi heaivh heaihv heihav heihva heivah heivha
heiavh heiahv hehiav hehiva hehvai hehvia hehavi hehaiv
hvehia hvehai hveaih hveahi hveiah hveiha hvahie hvahei
hvaeih hvaehi hvaieh hvaihe hvihae hvihea hvieah hvieha
hviaeh hviahe hvhiae hvhiea hvheai hvheia hvhaei hvhaie
ahvehi ahveih ahvihe ahvieh ahvhie ahvhei ahiehv ahievh
ahivhe ahiveh ahihve ahihev ahheiv ahhevi ahhvie ahhvei
ahhive ahhiev ahehiv ahehvi ahevih ahevhi aheivh aheihv
aivehh aivehh aivhhe aivheh aivhhe aivheh aihehv aihevh
aihvhe aihveh aihhve aihhev aihehv aihevh aihvhe aihveh
aihhve aihhev aiehhv aiehvh aievhh aievhh aiehvh aiehhv
ahveih ahvehi ahvhie ahvhei ahvihe ahvieh ahheiv ahhevi
ahhvie ahhvei ahhive ahhiev ahiehv ahievh ahivhe ahiveh
ahihve ahihev aheihv aheivh ahevhi ahevih ahehvi ahehiv
aevhih aevhhi aevhih aevhhi aevihh aevihh aehhiv aehhvi
aehvih aehvhi aehivh aehihv aeihhv aeihvh aeivhh aeivhh
aeihvh aeihhv aehihv aehivh aehvhi aehvih aehhvi aehhiv
avehih avehhi avehih avehhi aveihh aveihh avhhie avhhei
avheih avhehi avhieh avhihe avihhe aviheh aviehh aviehh
aviheh avihhe avhihe avhieh avhehi avheih avhhei avhhie

2009-04-26

Cytat na dziś.

Zaszufladkowany do: cytat na dziś — staruszek @ 16:45:52
Tags: ,

Problem nie polega na tym, żeby znaleźć tajemne powiązanie między Debussym a templariuszami, bo to robią wszyscy. Chodzi o to, żeby znajdować relacje utajone, na przykład między Kabałą a świecami samochodowymi.

2009-04-01

Ostatnio obejrzane.

Zaszufladkowany do: ostatnio obejrzane — staruszek @ 10:34:40
Tags: , , , ,

Ostatnio (czyli od początku roku 2009) zdarzyło mi się kilka razy odwiedzić kino i obejrzeć parę filmów. Poniżej prezentuję garść przemyśleń na ich temat.
Oscarowy “American Beauty” w reżyserii Sama Mendesa to jeden z najlepszych filmów jakie oglądałem – z pewnością mieści się w pierwszej setce. Wspominam o nim nie bez przyczyny – ten sam Mendes wyreżyserował również widziany przeze mnie ostanio “Revolutionary Road”.
Oba filmy poruszają podobne tematy: obłudnego, jałowego i pozornie szczęśliwego życia amerykańskich przedmieść oraz iluzji stabilnej egzystencji. “Revolutionary Roda” to opowieść o przeciętnych ludziach. Poznali się na prywatce, pobrali, zamieszkali na tytułowej ulicy w ładnym, białym domku w otoczeniu innych ładnych, białych domków, osiedli na stałe i stali się ofiarami. Ofiarami samych siebie, ale też siebie nawzajem, a przede wszystkim zasady bycia szczęśliwym za wszelką cenę. On, czyli Frank Wheeler nie lubi swojej pracy, nie wie, czego w życiu chce i jest emocjonalnie rozchwiany. Ona, czyli April Wheeler ma dość sąsiedzkich pogawędek, tęskni za marzeniami o aktorstwie i bywa apodyktyczna. Ich bolesne, napięte relacje stają się obiektem szczegółowej obserwacji.
Oglądając ten film miałem nieodparte wrażenie, że oglądam “American Beauty” – tyle że nie było już ani cynicznego humoru, ani zgorzkniałej ironii, ani wyluzowanego Kevina Spacey. I być nie mogło, gdyż “Droga do szczęścia” jest filmem śmiertelnie poważnym i ponurym. Strzałem w dziesiątkę było obsadzenie w rolach głównych Leonarda DiCaprio i Kate Winslet. Para będąca żywym symbolem miłości romantycznej, uwieczniona w wielkim hicie sprzed lat – “Titanicu”, tutaj pieczołowicie dekonstruuje ten mit. Scena po scenie pokazują, jak wielkim fałszem są słowa “I żyli długo i szczęśliwie”, nie pozostawiając złudzeń, że więcej szczęścia mają kochankowie, którzy giną, kiedy ich miłość wciąż pali się wielkim ogniem. Nie ma bowiem nic gorszego od bycia świadkiem, jak ogień, który ogrzewał serca, teraz staje się pożogą niszczącą samą istotę miłości.
“Revolutionary Road” jest dobrym filmem ale nic poza tym. W sumie lepiej byłoby napisać, że jest filmem poprawnym: poprawnie nakręcony, poprawnie zagrany, poprawnie opowiedziana historia. Mi jednak brakuje cynizmu, ironii i szaleństwa z “American Beauty”. Jedynym wyjątkiem jest szalony syn znajomych Wheelerów – to jednak według mnie za mało.
Za “Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” odpowiedzialny jest David Ficher – człowiek spod którego ręki wyszły takie perełki jak Se7en, The Game, czy wreszcie Fight Club. Później z każdym kolejnym filmem Fincher rozmieniał się na drobne. Film o Benjaminie Buttonie wskazuje zaś, że powoli Fincher wraca do formy.
Pomysł na film – wzięty z opowiadania Fitzgeralda – jest prosty. 11 listopada 1918 roku na świat przychodzi człowiek, którego strzałka czasu zwrócona jest w przeciwnym kierunku niż to zwykle bywa. Benjamin Button rodzi się w ciele osiemdziesięciolatka, ale z każdym rokiem młodnieje. Dodajmy, że owo odwrócenie czasu dotyczy tylko ciała – umysł bowiem starzeje się tak jak u większości z nas. Benjamin na początku swej drogi życiowej, w ciele starca, jest człowiekiem ciekawym świata i chętnym do podejmowania nowych wyzwań. Gdy jego ciało przyjmuje postać dziecięcą, zmęczenie życiem i demencja przejmują nad nim kontrolę.
Film aż prosi się o oglądanie go w wielkim, wygodnym fotelu, w drewnianej chacie zasypanej śniegiem, przy wesoło płonącym ogniu w kominku i herbatą z cynamonem w dłoniach. Można też historii życia Benjamina Buttona wysłuchać w szpitalu – jak to czyni jedna z bohaterek filmu. Większości z nas wystarczyć będzie musiała sala kinowa. Niezależnie od warunków na nas wszystkich czeka wspaniała gawęda, która oczaruje, wzruszy i rozbawi. A jest co oglądać – film został nakręcony niezwykle misternie. Fincher od zawsze znany był ze swego efekciarstwa i tu, choć mocno tłumi swe skłonności, również pozwala sobie lekko pofolgować. Zacznijmy od pięknych zdjęć i stylizacji pierwszych partii obrazu na stare kino (sposób kręcenia ujęć zmienia się w różnych fazach filmu). Otrzymujemy też arcyciekawą nowelkę o zegarmistrzu, który buduje zegar chodzący do tyłu, by umarli żołnierze mogli powrócić z pól bitewnych I wojny światowej (widzimy scenę szturmu pokazanego wstecz, w którym żołnierze wstają z martwych). Mamy też siedem króciutkich scenek z owymi piorunami bijącymi w jednego z bohaterów, a każda jest nakręcona w nieco innym stylu. Choć film jest obrazem raczej melancholijnym, prowadzonym w spokojnym tempie, to gdy trzeba – na przykład w sekwencji z II wojny światowej – będzie odpowiednia dynamika. Do tego należy dodać bardzo dobre aktorstwo Cate Blanchett oraz Brada Pitta (z pewnością nie jest to jego najlepsza rola w karierze ale za to zapadająca w pamięć).
A jednak, kiedy minie pierwszy zachwyt filmem, kiedy wspomnienie cudownych zdjęć i muzyki zacznie blaknąć, w głowie pojawi się niepokojąca myśl: co pozostanie z niego w pamięci? Banalne przesłanie, że wszystko przemija, że trzeba pogodzić się z nieuchronnością śmierci? I w tej właśnie miałkości przesłania upatrywałby jedynej wady tego filmu.
“Strażnicy” to jeden z niewielu komiksów, wartych przeczytania, którego nie przeczytałem. Z tym więc większym zainteresowaniem obejrzałem adaptację tegoż komiksu w reżyserii Zacka Snydera. Po seansie wiem jedno – muszę jakoś zdobyć ten komiks, gdyż film jest dobry. Powiem nawet, że cholernie dobry. Wychodząc zaś z założenia, że adaptacje są zawsze (w 99,9%) gorsze od oryginałow, wniosek jest tylko jeden – ten komiks trzeba po prostu znać. Skoro zaś go nie znam, to trudno mi tu się rozpisywać i porównywać film z komiksem.
Od strony wizualnej film nie wybija się specjalnie, ale też nie zawodzi. Świetnie wypadają sceny slow-motion – stosowane aby wydobyć szczegóły sceny, aby narzucić jej odbiór tak, jak w komiksie, gdzie pojęcie “czasu” jest nieco odmienne niż w jakimkolwiek innym medium. Widzimy cały kadr, kawałek zamrożonej rzeczywistości, a potem czytamy dialog w dymkach: dla obrazka czas się zatrzymał, ale tekst idzie przecież do przodu. Dynamika, kadrowanie, ujęcia – wszystko jak z komiksu. I w dodatku działa. Fabuła również się broni – to nie popierdółka o Mrocznym Rycerzu, ale gęsta intertekstualna próba zajrzenia w mroczne dusze superbohaterów, próba zmierzenia się z wyobrażeniem o micie superbohaterów. To co mnie rozbroiło do reszty, to genialnie dobrana muzyka – ścieżka dźwiękowa (Dylan, Hendrix, Nena, Simon&Garfunkel, Cohen) – po prostu rządzi.
Czy to już zmierzch kina superbohaterskiego, czy “Mroczny Rycerz” Nolana i “Strażnicy” to jego szczytowe osiągnięcia. czy na horyzoncie nie widać niczego, co mogło by je przebić? Na te pytania nie znam odpowiedzi, ale wiem jedno – przeczytałem wiele komiksów i jeszcze kilka ciekawych z pewnością by się znalazło. Pytanie tylko, czy sięgnie po nie i co z nich zrobi Hollywood?
I wreszcie ostatni z filmów – “Popiełuszko”. Gdyby ode mnie to zależało, to z pewnością bym go nie obejrzał w kinie. Tak jak w przypadku “Katynia” należy docenić wysiłek realizatorski, rozmach produkcji i to, że ten film w ogóle powstał. I tak jak w przypadku “Katynia” emocje związane z wydarzeniami, o których opowiada, przysłaniają rzeczową ocenę filmu. Przygotowania do realizacji tego filmu trwały ponoć kilka lat. To, co widzimy na ekranie, wygląda jednak jak efekt pracy bogobojnych artystów pracujących pod groźbą ekskomuniki. Gdy w grę wchodzi kino na chwałę Pana, nie trzeba wdawać się w subtelności. Wystarczy szczera wiara i natchniony zapał. W efekcie “Popiełuszko” przypomina jasełka wystawiane przez katechetkę – po scenie przechadzają się tabuny postaci z kiepską charakteryzacją i drętwymi kwestiami do wygłoszenia. Film ratuje chociaż trochę ciekawa i prawdziwa rola Adama Woronowicza. Cichego, skromnego księdza, z licznymi słabościami, które bierze na siebie rolę kapelana Solidarności, walczącego o duchową wolność Polaków.

Blog na WordPress.com.