“Glęźdzby Ropucha”, czyli Podania i bajędy Międzygórza z klechd rozklecone, z pleciug wyplecione i na nowo w ględźby przesupłane przez Ropucha Eremitę w świętym i starożytnym monastyrze boga Los. Tak brzmi pełen tytuł ostatnio wydanej książki Wita Szostaka. Opowiadania do tej książki powstawały przed “Wichrami Smoczogór” i “Poszarpanymi graniami”. Zbiorek liczy szesnaście opowiadań, pozornie spojonych wyłącznie jednością świata, w jakim się dzieją. Każde inną ma fabułę, w każdym różni są bohaterowie i miejsca (choć zdarza się niektórym grać epizody w więcej niż jednym tekście), wymowę ciężko im jednaką przypisać. Tymczasem po zakończeniu lektury jest się pewnym, że połączenie ich w jedną całość nie jest przypadkiem, że wszystkie one mówią o czymś podobnym i podobną opisują historię.
Świat, gdzie rozgrywają się Ropuchowe ględźby nie jest – na pierwszy rzut oka – fantastyczny. Zazwyczaj dopiero pod koniec zdarza się cud, coś niezwykłego, powodującego całkowity zwrot akcji. Z czasem, kiedy czytelnik oswaja się z niezwykłościami książki Szostaka, czar pojawia się w tekście coraz wcześniej, jest coraz wyrazistszy, jednak końcowa niespodzianka jest czymś stałym. I za każdym razem to zakończenie nadaje opowiadaniu dodatkowe znaczenia, zaskakuje i frapuje, prowokując do poszukiwania nowych interpretacji. Cała zagadkowość jest jednak podstawą do tego, co chyba w „Ględźbach Ropucha” najważniejsze – do filozoficznego dyskursu. Opowiadania wydają się być wariacjami na lube sercu autora tematy, różnymi wersjami odpowiedzi na pytania, które Wit Szostak najbardziej sobie w filozofii ceni. Bohaterowie, stawiani są w obliczu niezwykłych miejsc i wydarzeń, co powoduje, że ich słowa i czyny nabierają wagi argumentów w toczonych od zarania świata dyskusjach. Swoje zagadki i debaty opakował Wit Szostak w niezwykły język. Pełno tu zabaw językiem. Wiele tu zagrań rodem z poezji Leśmiana, wiele nowych słów, zbitek. Autor próbuje się z językiem polskim, wyciska z niego nowe brzmienia i wplata je w swoją opowieść, dodając jej uroku.
Nie jest to prosta lektura, najlepiej zaś smakuje dozowana – jedno opowiadanie naraz – większa dawka może spowodować przesyt.
“Wichry Smoczogór” to literacki debiut Szostaka, chociaż napisana została po “Glęźbach Ropucha”. Książka niezmiernie trudna do opisania, gdyż z najwyższym trudem dałoby się odnaleźć literackiego krewniaka, do którego można by ją przyrównać. Wit Szostak stworzył powieść, która, choć mieści się w kanonach fantasy, sięga ku korzeniom tego gatunku, odkrywając w nim świeżość i głębię, którą po Tolkienie rzadko kto potrafił czytelnika zaskoczyć.
Powieść jest prosta. Ot, wichry się w Smoczogórach zbiesiły i nawet najstarsi górale nie są do końca pewni dlaczego. Zasiedli więc do rady, znaleźli sposób i wysłali Berdę, młodego gęślarza i Wrzośca, uczonego smokoznawcę, żeby przywrócili rzeczom naturalny porządek. Obaj młodzi wyruszają zatem w misję, ratować spokój swoich ukochanych gór.
Jednak, choć “Wichry Smoczogór” są oszałamiająco proste (no, można tam znaleźć kilka powikłań fabuły i skrywanych tajemnic), to zachwycają swoją głębią. Spokojna mowa smoczogórskich górali i potoczysty opis ich pięknego kraju pełen jest mądrości, nad którymi czytelnik jeszcze długo będzie myśleć. Jest w tym przejrzystość, jasność co do tego, jak świat jest urządzony, co w nim było – i co będzie. Wit Szostak pokazuje, że w kilku słowach można zamieścić wiele treści. Sądzę nawet, że dożyjemy czasów, kiedy mainstream z radością zagarnie go pod swoje skrzydła, bym móc się chełpić jego obecnością wśród głównonurtowych pisarzy.
Niejeden zawaha się, czy można uznać za fantasy książkę bez jednego miecza, czarodzieja w spiczastej czapie w gwiazdy, biuściastej elfki, czy brodatego krasnoluda. Myślę jednak, że każdy kto przeczyta tą książkę, nie zaprzeczy magii wypełniającej stworzoną przez Szostaka krainę. Choć Smoczogóry stworzono zapewne na podobieństwo istniejących gór, to są one kreacją na wskroś fantastyczną, godną porównywania z Lorien. Wiele tam czaru, ale zdaje się on wypływać z samych gór, wiejącej w nich muzyki i kształtowanych przez te dwa potężne czynniki ludzi.
Smoczogóry są pełne czaru, który nadal obecny jest w naszym świecie, i który człowiek wciąż może odnaleźć jeszcze dziś w górach i lasach. Wystarczy nieco czasu, skupienia, zastanowienia nad tym, co jest dookoła nas, a już za rogiem można odnaleźć świat pokrewny krainie z powieści Wita Szostaka, świat wprowadzający w zachwyt swoją magią. Górale mają ten czas, czas na najważniejsze i dzięki temu są w stanie zadziwić swoją wiedzą uczonych ze stolicy, a przy tym czynią dzieła zdające się profanom magią.
Wspaniały debiut, tą książką Szostak zawiesił sobie poprzeczkę niemożebnie wysoko…
I w “Poszarpanych graniach” tą poprzeczkę przeskoczył z dużym zapasem. Chronologicznie akcja powieści rozgrywa się przed wydarzeniami opisanymi w “Wichrach Smoczogór” (mamy tu Berdę jako wyrostka i opiekującego się nim Starego Rysia). Ludzie, skrzaty, drzewa i czarty żyją razem w górach, jednak wszyscy są nieco młodsi, nieco głupsi. Być może dlatego, że Koreda, główny bohater powieści, jeszcze nie wykonał tego, co mu nakazał los, i wszyscy rozumni nie do końca pojmują, o co w tym świecie chodzi. Szczególnie ciężki jest los ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą, jak postępować, żeby nie stracić duszy.
To ten sam świat. Ten sam styl. Ten sam pisarz. Piękno gór schodzi jednak na drugi plan, podobnie muzyka. Mniej tu czaru, nie ma też tej spajającej wszystko jedności krajobrazu, człowieka, dzieł jego rąk i śpiewu jego duszy. Smoczogóry są tu tradycyjną fantastyczną sceną, na której Wit Szostak odgrywa swoją sztukę. Widać, jak się toczy opowieść, charaktery bohaterów są wyrazistsze, a przekaz, którym autor raczy nas obdarzać, trafia do rozumu, a nie do serca.
Między jedną a drugą książką zgubiła się też góralszczyzna. Smoczogóry są nadal magiczne i wrośnięte w nie czary nie słabną ani o jotę, jednak ich mieszkańcy okazują się tylko ludźmi, słabymi i zawodnymi. W długiej, wielopokoleniowej sadze rodu Koźliców wiele jest porażek, błędów i zwykłej, ludzkiej głupoty. Muzyka, proste prawdy i otaczający ich majestat nie okazują się być skuteczną zaporą przed byciem zwykłym człowiekiem. Dopiero pogodzenie się ze światem i zrozumienie roli, jaką ma się do odegrania, pozwala ludziom na bezpieczną egzystencję, daleką od czartów czyhających na ich dusze. Ale na pojęcie tych prawd jest jeszcze za wcześnie, to pogodzenie się ze światem widać dopiero w “Wichrach Smoczogór”.
Bez wątpienia “Poszarpane granie” są inną powieścią niż “Wichry Smoczogór”, a jednak można w nich wyczuć ten sam klimat, te same nuty, są uzupełnieniem, zamknięciem całości. Chciałoby się jednak, żeby kiedyś Szostak powrócił jeszcze to tej tematyki. Smoczogóry są tego warte.