staruszek 2.0

2009-07-27

Cytat na dziś.

Zaszufladkowany do: cytat na dziś — staruszek @ 18:57:20
Tags: , , ,

Germany invades Czechoslovakia.
Britain & France tell them to stop that bullshit.
Germany invades Poland.
(Russia also invades Poland from the other side: everybody forgets this.)
Britain & France declare war. This is the ‘official’ kick-off.
Italy, Bulgaria, Hungary, & Romania all join the German side. (Everybody forgets the last three.)
Axis forces go through Europe like vindaloo through a colostomy.
Nazis exterminate Jews, gays, gypsies, & the disabled. (everybody remembers the jews but forgets the rest.)
UK holds out.
Russia & the USA don’t do shit.
Entire divisions of Danish, Belgian, Dutch, Norwegian, French & Serbian volunteers join the Axis armies & SS. (everybody forgets this & to listen to them now, they were all in the fucking resistance, which must have been MASSIVE.)
Axis forces invade Russia. Suddenly the Russians don’t think it’s funny any more.
Japan joins the Axis & bombs Pearl Harbor.
Suddenly the US doesn’t think it’s funny any more.
The USA tools up the world, ’cause it’s got more factories than everybody else put together, & they’re out of bomber range.
Axis runs out of steam in Russia, cause Russia’s enormous & bloody freezing.
Allies invade on D-Day… 5 landings: 2 British, 2 American, 1 Canadian. (everybody forgets the Canadians.)
Hitler ends up smouldering in a ditch. Russians find the body & confirm he only had one ball. Seriously.
The US decides invading stuff is a pain in the ass and invents the atom bomb instead. Drops two buckets ‘o sunshine on Japan.
Russians steal half of Europe.
UK’s spent almost every penny it had.
US starts telling everybody how it was all about them, & 64 years later is still doing so.

2009-07-17

Italo Calvino – trylogia “Nasi przodkowie”

Italo Calvino to pisarz raczej mało znany w Polsce. Tym bardziej cieszę się, że miałem przyjemność poznania chociaż niewielkiego wycinka jego twórczości. Pisząc to mam na myśli intrygującą trylogię “Nasi przodkowie”, która sięga do baśni, podejmuje filozoficzne wątki, zachwyca przygodą, poetycznymi opisami, tworzy nowe mity i Bóg wie, co jeszcze.
Poszczególne części trylogii nie powalają objętością (najdłuższy, środkowy tom, ma raptem 323 strony), ale pod żadnym pozorem nie należy spodziewać się szybkiej i łatwej lektury – nie ma tu miejsca na prostą opowieść czy jednoznaczne przesłanie. Już tytuły poszczególnych tomów: “Wicehrabia przepołowiony”, “Baron drzewołaz”, “Rycerz nieistniejący” – zdradzają intrygującą fabułę i niebalne podejście do poruszanych tematów. I rzeczywiście tak jest – w trzech krótkich książkach mamy do czynienia z prawdziwą feerią tematów: obok filozoficznych rozważań o istnieniu człowieka pojawiają się awanturnicze przygody rozgrywające się na drzewach, poszukiwaniu pełni życia towarzyszą perypetie jak z komedii qui pro quo. Calvino bogactwem wątków spokojnie dorównuje Umberto Eco – tyle że w mikroskali, bo cała trylogia zajmuje tyle stron co jedno “Imię róży”.
Calvino w baśniowy sposób, często korzystając z narracji a la powieść przygodowa dla chłopców, opisuje życiorysy trzech bohaterów żyjących w różnych epokach i miejscach. Pierwsza i najkrótsza z książek (a jednocześnie najsłabsza), “Wicehrabia przepołowiony”, to historia Włocha, który udawszy się na wojnę do Czech, zostaje rozerwany na pół przez wybuch armatni. Do rodzinnego miasta wraca tylko część wicehrabiego – na dodatek ta gorsza część – i zaczyna broić. Ekscesy hrabiego próbuje zrozumieć młody bohater wraz z przyjacielem, doktorem Liveseyem (ukłon w stronę “Wyspy skarbów” Stevensona).
Najciekawsza z całej trylogii jest opowieść o Cosimie, bohaterze “Barona drzewowłaza”. W powieści o arystokracie, który postanowił przepędzić życie na drzewach, Calvino łączy ze sobą powieść przygodową dla chłopców i poważne rozważania na temat wolności ludzkiej. Dlatego Cosimo oprócz hasania po drzewach czy walki ze znienawidzonymi jezuitami (którzy nigdy nie przebaczają) próbuje stworzyć idealne państwo. W jego projekcie konstytucji nowej utopii uwzględnia się prawa nie tylko mężczyzn, kobiet, dzieci, innowierców, ale także “Zwierząt Domowych i Dzikich, nie wyłączając Ptaków, Ryb i Owadów, a także Roślin, zarówno Wysokopiennych jak i Ogrodowizny i Ziół”. Jeden ze swoich projektów baron przesyła Diderotowi, jednak bez powodzenia.
W “Rycerzu nieistniejącym” Calvino próbuje odtwarzać znane mity i legendy (Graal) – przy czym nie są one powtórzeniem tego, co już było, ale raczej współczesną wersją. Tak jest właśnie z rycerzem Karola Wielkiego, Agilulfem, który jest tak doskonały, że… wcale go nie ma. A jednak dokonuje wspaniałych czynów czy nawet – ujmijmy rzecz poetycko – obcuje cieleśnie z damą.
“Nasi przodkowie” to wspaniały kolaż literatury, a mamy tu prawie całą literaturę, łącznie z naukową refleksją, filozofią czy nawet narracją religijną – koniecznie należy przeczytać.

2009-07-15

Orla Perć: Żleb Kulczyńskiego – Przełęcz Krzyżne

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 15:23:46
Tags: , , , , ,

Moją ostatnią przygodę z Orlą Percią zakończyłem na żlebie Kulczyńskiego i – pomimo, iż odcinek ten przechodziłem jeszcze nie raz, nie było jakoś okazji do przejścia pozostałej części Orlej Perci. Nie było aż do teraz. Z mocnym postanowieniem przejścia Granatów i dalej, aż do Krzyżnego postanowiłem udać się w Tatry początkiem lipca mimo niepewnej pogody i nie najlepszych warunków panujących na szlaku. Udało się, ale było niezbyt wesoło.
Z Murowańca wraz z koleżanką (przeszła wcześniej Orlą 2 razy) wyruszyliśmy około 7:30. Na szlaku do Czarnego i dalej, do Zmarzłego Stawu nie spotkaliśmy nikogo. Niebo niebieskie, ale dużo chmur. Powyżej Zmarzłego Stawu pojawił się pierwszy śnieg – twardy, zbity i śliski. Od Zmarzłego Stawu idzie się najpierw żółtym szlakiem, następnie zielonym, aż dochodzi się do szlaku czarnego, który wiedzie słynnym Żlebem Kulczyńskiego na Przełęcz nad Buczynową Dolinką (2225m npm). Zdecydowanie lepiej mi się tędy schodziło niż teraz wchodziło. Było dużo śniegu, a część łańcuchów przysypana była śniegiem – czekan zdecydowanie dodawał nam otuchy. Niestety im wyżej wchodziliśmy, tym więcej chmur przybywało – co gorsza były to chmury coraz ciemniejsze.


Przejście Granatów nie jest trudne, bo idzie się tu mało eksponowanymi skałami. Jedyną trudność może sprawić nam postawienie dużego kroku nad szpiczastą skałą, która znajduje się po drugiej stronie nad 15-metrową przepaścią, w odległości 1,5 metra od nas. Nad tą szczeliną skalną wisi tylko jeden łańcuch. Większość turystów z niego nie korzysta, ponieważ jest za nisko zawieszony, a po przejściu na drugą stronę trzymamy się jedynie haka przytrzymującego ten łańcuch. Łańcuch ten służy jako ostateczność w przypadku ewentualnego upadku do tej szczeliny między skałami. Szczerze powiedziawszy – należy po prostu zejść trochę niżej i omijamy to miejsce z palcem w nosie.
Tuż przed szczeliną doskonale prezentuje się sławny Żleb Drege’a, szeroki i zachęcający swą łagodnością do bezpośredniego zejścia nad Czarny Staw Gąsienicowy. Nic bardziej błędnego. Po odcinku łatwym, teren zaczyna się spiętrzać, trudności rosną, a w końcu dzieli nas od stawu 100 metrowej wysokości wąziutka niemal pionowa rynna, której w żaden sposób nie da się przebyć bez ubezpieczeń i umiejętności zjeżdżania na linie. Niestety to miejsce widziało już wiele dramatycznych wypadków zakończonych tragicznie. W przypadku mgły należy zachować daleko posuniętą ostrożność, gdyż szlak nie jest zbyt dobrze oznakowany.
Po dojściu na Skajny Granat należy bezwzględnie urządzić dłuższy postój – coś zjeść i napić się. Mamy ostatni moment na zejście z Orlej Perci – żółtym szlakiem w ciągu około półtorej godziny można dojść w okolice Czarnego Stawu. Ci, którzy chcą dojść do Krzyżnego, czeka jeszcze około 2-godzinna walka z łańcuchami, kruchymi skałami, ciagłymi zejściami i podejściami.


Ze szczytu za pomocą systemu łańcuchów schodzimy do Granackiej Przełęczy (2177m npm). Samo zejście odbywa się po sześciennych, gładkich i zrębowych skałach, na których często nie ma gdzie postawić stopy. To zejście jest szczególnie męczące dla rąk. Schodząc dalej, w jej żlebie jest umieszczonych mnóstwo łańcuchów, ponieważ jest tu tak ślisko, że wielu idących tędy turystów ma problem z utrzymaniem się stabilnie na nogach. Trudność potęguje tu dodatkowo wystająca na całej długości, wzdłuż, w środku ścieżki, ostra, wąska ale bardzo długa skała, a buty trekingowe są tu za szerokie dla tego miejsca, przez co trudno utrzymać równowagę. Najgorsze jest to, że ścieżka zakończona jest 90-cio stopniowym zakrętem, za którą znajduje się przepaść.
Ciągle gonieni chmurami pokonujemy kolejne trudności w ekspresowym tempie. Wbrew powszechnej opini Orla Perć przez większą swoją część (a szczególnie od Granatów do Krzyżnego) nie wiedzie granią, a kluczy nią – co chwila wznosząc się i opadając, i biegnąc nieco poniżej grani. W ten sposób omija się Orlą Basztę, Wielką Buczynową Turnię, Małą Buczynową Turnię i inne tego typu wynalazki. Ten sposób poprowadzenia szlaku (ciągłe podchodzenie i schodzenie) to gotowy przepis na zabłądzenie (szlak nie jest zbyt dobrze oznakowany) i szybką utratę sił.


My ten odcinek pokonaliśmy z dusza na ramieniu – gonieni coraz ciemniejszymi chmurami i dobiegającymi z oddali grzmotami. Przejście tego odcinka przy dobrej pogodzie dostarcza z pewnością wielu atrakcji. Przy nieco gorszej pogodzie i śliskich skałach staje się prawdziwą walką o przetrwanie – niestety koleżanka nieco przeliczyła się z siłami i oceną sytacji – usiadła przed podejściem na Buczynowe Czuby i stwierdziła, że dalej nie ma sił iść. Na szczęście po dłuższym odpoczynku i telefonie do TOPR-u ruszyła powoli dalej.
Ruszyła w ostatnim momencie. Tuż po wejściu na Buczynowe Czuby zaczęły padać pierwsze krople deszczu. Na szczęście najtrudniejszy technicznie odcinek mieliśmy już za sobą, schodzimy do Buczynowej Przełęczy za pomocą ostatniego systemu łańcuchów, a dalsza droga na Przełęcz Krzyżne (2112m npm) jest już bardzo łatwa i prowadzi granią równym chodnikiem z kamieni. W tym miejscu pogoda załamała się zupełnie – rozpoczęła się ulewa połączona z grzmotami. W ciągu ułamka sekundy zupełnie nas przemoczyło (mimo kurtek i płaszczy przeciwdeszczowych). Dobiegamy do Krzyżnego i od razu zaczynamy w potokach wody zejście żóltym szlakiem do Doliny Pańszczycy i dalej mijając (już przy czystym, słonecznym niebie) Czerwony Staw do Murowańca. Cały czas idzie się żółtym szlakiem – zejście zaś zajmuje około 2 godzin.


Orla Perć to trudny szlak. Warto go więc przejść przy dobrej pogodzie (po raz kolejny upewniłem się, że w Tatry najlepiej wybierać się pod koniec sierpnia, początkiem września), kiedy skała jest sucha i chmury nie zasłaniają widoków. Przy pogodzie nieco gorszej, nawet dla wprawnych turystów, szlak ten robi się prawdziwie niebezpieczny. Tym niemniej w moim chorym umyśle pojawił się plan przejścia zamkniętego w 1932 roku odcinka Krzyżne – Wołoszyn – Wodogrzmoty Mickiewicza – Polana pod Wołoszynem.
Stay tuned :)

Blog na WordPress.com.