“Lód” Jacka Dukaja jest powieścią niezwykłą. Pomyślany pierwotnie jako opowiadanie, rozrósł się “Lód” do rozmiarów pustaka ściennego – 1048 stron formatu A5. Z takimi rozmiarami i archaizowanym językiem powinien się ukazać sto lat temu jako powieść odcinkowa w “Tygodniku Ilustrowanym” albo innej “Biesiadzie Literackiej”. Wypada się więc cieszyć, że wydawca nie popłynął na fali trendu, który nakazuje dziś każdą grubszą książkę dzielić na pół, a jakby tego było mało, to i tę połówkę na pół jeszcze (później zaś kasować za tę ćwierćksiążkę, jak za pełnoprawną powieść), z drugiej jednak strony w wygodnym czytaniu owe gargantuiczne rozmiary z pewnością nie pomagają.
Dukaj po raz kolejny przekonał mnie, że niezmiernie sprawnie włada polskim językiem, który dla wielu mu współczesnych (polskich) pisarzy stał się jedynie wspomnieniem minionych lat. Aktualności wydawnicze na rynku fantastyki nie zmuszają do intelektualnego wysiłku, co najwyżej do sprawnego przerzucania kolejnych kartek. Ci, co liczą na powieść, która zafunduje im jazdę bez trzymanki powinni chyba sięgnąć po coś w stylu “Pana Lodowego Ogrodu” lub też kolejny tom przygód inkwizytora spłodzony przez Piekarę. Dukajowe światy nie przypominają niczego, co oferuje polska fantastyka i w tym właśnie tkwi siła jego powieści. Niestety autor popada chyba w pułapkę własnego stylu nazbyt ufając, że jego czytelnik wzbije się nad poziomy. Drugiego tak rozbudowanego dzieła, świata odmalowanego do najmniejszych szczegółów, gdzie z równym pietyzmem potraktowano by charakterystyczne dla epoki idee, sposób myślenia, przemysł i handel, klasy społeczne, modę, wystrój wnętrz i stan ówczesnej wiedzy – ze święcą szukać. Niepodobna Dukaja złapać za rękę i wytknąć mu jakąś niekonsekwencję, niepodobna się do czegoś przyczepić, jeśli chodzi o kreacje świata właśnie.
Jednocześnie – i ubolewam nad tym bardzo, gdyż sam jestem fanem Dukaja – jest “Lód” powieścią ze wszech miar nudną. Mądrą, przebogatą, ale nudną. Ważną, bo przecież to Dukaj, lecz nudną. Z bohaterem przez setki stron nic konkretnego się nie dzieję, miota się ów bez celu i ładu od jednego wagonu ekspresu transsyberyjskiego do drugiego, od jednej idei do kolejnej, czemu towarzyszą czcze tegoż osobnika rozmyślania, które nijakiej w oczach czytelnika głębi mu nie przydają. Kuleją również dialogi, zupełnie wyzute z jakichkolwiek znamion prawdziwości. Tu się nie rozmawia, tu się głosi pięciostronicowe monologi, tu się przedstawia wielkie idee i nawet jak jest się w trupa urżniętym, to o sprawach najważniejszych (i żadnych innych, inne tematy nie istnieją) tak można rozprawiać, że niejeden trzeźwy filozof byłby poczerwieniał. Te długie, zawiłe wywody i dyskusje filozoficzne, logiczne, społeczne i historiozoficzne w zależności od zainteresowań i wytrwałości czytelnika mogą się okazać albo fascynujące, albo nużące.
Nie satysfakcjonuje mnie również rozwiązanie motywu z ojcem – wyjątkowo słabe domknięcie tak przecież ważnego wątku, wreszcie zaś – i nad tym faktem boleje najbardziej – zupełnie zawodzi samo zakończenie powieści. Słowem – nie jest najlepiej. Owszem, Dukaj posługuje się przepiękną polszczyzną, owszem, jego wiedza z najróżniejszych dziedzin jest przeogromna, owszem, wielkim pisarzem jest. Tylko co z tego, skoro wieje nudą.
Podsumowując – jak każdą powieść Dukaja i tę warto przeczytać coby mieć rozeznanie, mimo wszystkich wad powieść ma swój klimat i urok, czyta się ją ciężko, ale lektura dostarcza pewnej masochistycznej przyjemności.
2011-09-12
Jacek Dukaj – Lód
Dodaj komentarz »
Brak komentarzy.
Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. Adres TrackBack