staruszek 2.0

2010-08-19

Why Lost sucks?

Filed under: ostatnio obejrzane,politykuję i narzekam — staruszek @ 00:05:19
Tags: ,

Do napisania tej notki zabierałem się długo i długo się wahałem. Myślałem sobie: może to tylko ja się mylę, może przesadzam, może czas zaleczy rany. Może pierwsze wrażenia były mylne? Im jednak dłużej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że zostałem wydymany od tyłu. W dodatku bez wazeliny.
Lost to jeden z najciekawszych seriali jakie powstał (przynajmniej takie odnosiłem wrażenie gdzieś tak do połowy 2 sezonu). Świetnie się zaczął, świetnie się go oglądało (gdzieś tak do połowy 2 sezonu). A później wszystko zaczęło się rozmywać. Scenarzyści zaczęli gubić się w swojej mogłoby się wydawać doskonałej fabule, która tak naprawdę jest niczym innym jak rozdmuchanym i rozwleczonym do granic możliwości widowiskiem, które można było zakończyć znacznie wcześniej i ze znacznie lepszym rezultatem.
Mimo powyższego dotarłem do szóstego sezonu. Oglądałem go na bieżąco, licząc, że może zakończenie uratuje całość – wszak finis coronat opus. Ale gdzieś podskórnie miałem przeczucie, że się srogo zawiodę.
Będę się streszczał. Przed odcinkiem finałowym, miałem okazję zobaczyć Simpsonów. Każdy odcinek jak się zaczyna (no powiedzmy większosc), to Bart pisze coś na tablicy. Teraz pisał o finale Lostów i “dog’s dream” I od razu pomyślałem: “O Jezu… Spieprzyli finał Losta”!
Boże… Jak spieprzyli finał Losta!
Sześć lat oglądania jak banda dzikusów lata po lesie. Walki z dymem, umarłymi, nieumarłymi, innymi, mniej innymi, francuskimi innymi, przeskoki w czasie, podróże łodzią, statkiem, tratwą, dragi, ksiądz, poród, światło w tunelu, światło we włazie, światło w jamie, norze. Łotewa.
I wszystko to jak krew w piach.
Przez sześć lat straciłem tyle godzin, tyle czasu zastanawiając się “dlaczego …” (w miejsce 3 kropek wstawić cokolwiek z wyliczanki powyżej).
Ależ głupiec ze mnie!

2010-01-20

Ostatnio obejrzane – 33 sceny z życia.

Filed under: ostatnio obejrzane — staruszek @ 17:36:20
Tags: , ,

“33 sceny z życia”, to film, który należy omijać szerokim łukiem z daleka. Z bardzo daleka.
Podobno autorce (popełniła scenariusz i reżyserię) w krótkim odstępie czasu umarli oboje rodzice i bardzo jej oczywiście współczuję, ale zrobienie fabularyzowanej opowieści o tym traumatycznym doznaniu to jednak nie jest dobry pomysł. W każdym razie, nie z punktu widzenia mnie jako widza. O śmierci, przemijaniu, nieuleczalnych chorobach zrobiono wiele dobry filmów (z ostatnich warto wspomnieć “W stronę morza”, “Inwazja barbarzyńców”, “Bucket list”). Można na ten temat mówić w sposób poruszający i przejmujący, a jednocześnie niebanalnie i wciągająco. Tymczasem film Małgorzaty Szumowskiej jest po prostu nudny jak flaki z olejem.
Więcej nawet, to nie jest film z gatunku, co to “piętnują”, “rozprawiają się”, “demaskują”, “prowokują”, “stawiają pod pręgierzem”, “łamią tabu” i robią różne inne okropności. Tamte filmy są przynajmniej zaangażowane, nie pozostawiając widza obojętnym. “33 sceny z życia” tylko mnie znużyły i sprawiły, iż pożałowałem tych 90 minut, które spędziłem na jego seansie.

2009-11-12

Ostatnio obejrzane.

Pora na kolejny zbiór uwag o paru filmach, które zdarzyło się ostatnio obejrzeć w kinie.
Na pierwszy ogień idą “Bękarty wojny” (Inglourious Basterds). Podobno do nakręcenia tego filmu Tarantino przygotowywał się przez 10 lat. Myślę, że było warto czekać tyle. Powstał chyba (Kill Bill jest mimo wszystko odrobinę gorszy) najlepszy film tego reżysera od czasów “Pulp Fiction”.
Już pierwsza obszerna sekwencja jest znamienna dla całego filmu. Zostajemy poinformowani, że akcja toczy się “Pewnego razu w okupowanej przez nazistów Francji” (skojarzenia z filmami Sergio Leone jak najbardziej słuszne, wzmacniane zresztą przez motywy muzyczne Ennio Morricone). Do wiejskiego gospodarstwa, w którym mieszka ojciec z trzema ślicznymi córkami, przybywa oficer SS Landa wraz z eskortą. Grzecznie wprasza się do domu, prosi o szklankę mleka, chwali… krowy i zaczyna się dialog. Tarantinowski dialog. I tak jest przez cały film – prawie każda sytuacja jest tu napięta do granic możliwości, co o dziwo, zamiast irytować, daje jakąś przyjemną satysfakcję.
Można pisać o zabawach konwencjami, hołdzie kinu, czy innych tego typu górnolotnych stwierdzeniach, ale najnowszy film Tarantino, to po prostu świetnie opowiedziana i nakręcona historia. I w dodatku jeszcze bardzo śmieszna. Jak zwykle u Tarantino muzyka jest genialna, a dobór obsady rewelacyjny (wspaniały Christoph Waltz, czyli człowiek, który zakasował Brada Pitta). Do obejrzenia obowiązkowo.
Nikt tak wspaniale nie potrafi ratować świata (wieżowca/lotniska/miasta) jak Bruce Willis. Zwłaszcza młody Bruce Willis, z takim mnóstwem włosów, jakich nigdy przedtem jego czaszka nie widziała. No chyba, że cofniemy się 30 lat w przeszłość, albo damy Bruce’owi zastępcę.
“Surogaci”, bo o tym filmie mowa, jest dla mnie niewykorzystaną szansą. Szansą na ambitne kino SF/akcji. Szansą okrutnie zaprzepaszczoną. Film jest zdecydowania za krótki, przez co historii opowiedzianej w filmie brakuje głębi i rozmachu. W 90 minutach naprawdę nie da się zmieścić jeszcze czwartego – oprócz pomysłu SF (wprowadzenie w konwencję i historię przyszłości też jest zresztą dość skrótowe, w formie prostackiego głosu z offu na napisach początkowych), kina akcji oraz dramatu jednostki i społeczeństwa – elementu czy wręcz gatunku filmowego. Od strony wizualnej (znacznie tańszy “Dystrykt 9″ wypada o niebo lepiej) też nie jest zbyt rewelacyjnie. Szkoda, bo ten film mógł być znacznie lepszy. I jedynie Bruce nie ma się czego wstydzić – znów uratował świat.
Znacznie lepiej wypada pod tym względem debiut Neill’a Blomkamp’a – “Dystrykt 9″. Mimo dość naciąganej historii kontaktu z obcą cywilizacją (dlaczego przedstawiciele pozaziemskiej cywilizacji dysponujący najnowszymi technologiami zachowują się jak neandertalczycy?; dlaczego ciemiężeni przez ludzi kosmici nie wpadli nigdy na pomysł, by użyć do obrony swej supernowoczesnej broni?; dlaczego nikt przez dwadzieścia lat od znalezienia na statku uchodźców nie chciał zbadać jego wnętrz?) ogląda się to nadspodziewanie dobrze. Duża w tym zasługa reżysera, który ma po prostu pomysł na zaintrygowanie widza – wprowadza go w ten świat za pomocą pseudodokumentu, w którym szereg osób wspomina niedawne wydarzenia, co jest dodatkowo ilustrowane archiwalnymi zdjęciami z głośnej akcji. Wszystko to jest tak poprowadzone, że nie tylko nie mamy pojęcia, w jakim kierunku pójdzie film, ale nawet przez pierwsze pół godziny nie wiemy, kto w ogóle będzie głównym bohaterem tej opowieści. Potem formuła się wyczerpuje, ale na drugą połowę filmu Blomkamp ma zupełnie inny pomysł. I tak od historii o społecznym zacięciu przechodzimy do efektownego kina akcji, bardzo dobrze zrealizowanego i w żaden sposób nie zaprzeczającego wcześniej przyjętej konwencji. Znakomicie – jak na przyjęty budżet 30 milionów dolarów – prezentują się efekty specjalne. Za takie kwoty Michael Bay kręci sceny dialogów, a tu wystarczyło na wiarygodne pokazanie świata przyszłości, na świetną wizualizację kosmitów, no i na efektowną feerię eksplozji i futurystycznych strzelanin.
“Dystrykt 9″ jest niezłym filmem. Nieoczywista fabuła, wizje Obcych i relacji z nimi odrębne od przyjętych schematów, które przecież od lat zarzynają gatunek, solidne społeczne przesłanie, a wszystko to połączone w atrakcyjną rozrywkowo formę – takich filmów nam trzeba. Jeśli zaczyna się takim filmem jak “Dystrykt 9″, aż strach pomyśleć, jak dobry może być kolejny projekt Blomkampa. Na co z pewnością warto liczyć.

2009-04-01

Ostatnio obejrzane.

Ostatnio (czyli od początku roku 2009) zdarzyło mi się kilka razy odwiedzić kino i obejrzeć parę filmów. Poniżej prezentuję garść przemyśleń na ich temat.
Oscarowy “American Beauty” w reżyserii Sama Mendesa to jeden z najlepszych filmów jakie oglądałem – z pewnością mieści się w pierwszej setce. Wspominam o nim nie bez przyczyny – ten sam Mendes wyreżyserował również widziany przeze mnie ostanio “Revolutionary Road”.
Oba filmy poruszają podobne tematy: obłudnego, jałowego i pozornie szczęśliwego życia amerykańskich przedmieść oraz iluzji stabilnej egzystencji. “Revolutionary Roda” to opowieść o przeciętnych ludziach. Poznali się na prywatce, pobrali, zamieszkali na tytułowej ulicy w ładnym, białym domku w otoczeniu innych ładnych, białych domków, osiedli na stałe i stali się ofiarami. Ofiarami samych siebie, ale też siebie nawzajem, a przede wszystkim zasady bycia szczęśliwym za wszelką cenę. On, czyli Frank Wheeler nie lubi swojej pracy, nie wie, czego w życiu chce i jest emocjonalnie rozchwiany. Ona, czyli April Wheeler ma dość sąsiedzkich pogawędek, tęskni za marzeniami o aktorstwie i bywa apodyktyczna. Ich bolesne, napięte relacje stają się obiektem szczegółowej obserwacji.
Oglądając ten film miałem nieodparte wrażenie, że oglądam “American Beauty” – tyle że nie było już ani cynicznego humoru, ani zgorzkniałej ironii, ani wyluzowanego Kevina Spacey. I być nie mogło, gdyż “Droga do szczęścia” jest filmem śmiertelnie poważnym i ponurym. Strzałem w dziesiątkę było obsadzenie w rolach głównych Leonarda DiCaprio i Kate Winslet. Para będąca żywym symbolem miłości romantycznej, uwieczniona w wielkim hicie sprzed lat – “Titanicu”, tutaj pieczołowicie dekonstruuje ten mit. Scena po scenie pokazują, jak wielkim fałszem są słowa “I żyli długo i szczęśliwie”, nie pozostawiając złudzeń, że więcej szczęścia mają kochankowie, którzy giną, kiedy ich miłość wciąż pali się wielkim ogniem. Nie ma bowiem nic gorszego od bycia świadkiem, jak ogień, który ogrzewał serca, teraz staje się pożogą niszczącą samą istotę miłości.
“Revolutionary Road” jest dobrym filmem ale nic poza tym. W sumie lepiej byłoby napisać, że jest filmem poprawnym: poprawnie nakręcony, poprawnie zagrany, poprawnie opowiedziana historia. Mi jednak brakuje cynizmu, ironii i szaleństwa z “American Beauty”. Jedynym wyjątkiem jest szalony syn znajomych Wheelerów – to jednak według mnie za mało.
Za “Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” odpowiedzialny jest David Ficher – człowiek spod którego ręki wyszły takie perełki jak Se7en, The Game, czy wreszcie Fight Club. Później z każdym kolejnym filmem Fincher rozmieniał się na drobne. Film o Benjaminie Buttonie wskazuje zaś, że powoli Fincher wraca do formy.
Pomysł na film – wzięty z opowiadania Fitzgeralda – jest prosty. 11 listopada 1918 roku na świat przychodzi człowiek, którego strzałka czasu zwrócona jest w przeciwnym kierunku niż to zwykle bywa. Benjamin Button rodzi się w ciele osiemdziesięciolatka, ale z każdym rokiem młodnieje. Dodajmy, że owo odwrócenie czasu dotyczy tylko ciała – umysł bowiem starzeje się tak jak u większości z nas. Benjamin na początku swej drogi życiowej, w ciele starca, jest człowiekiem ciekawym świata i chętnym do podejmowania nowych wyzwań. Gdy jego ciało przyjmuje postać dziecięcą, zmęczenie życiem i demencja przejmują nad nim kontrolę.
Film aż prosi się o oglądanie go w wielkim, wygodnym fotelu, w drewnianej chacie zasypanej śniegiem, przy wesoło płonącym ogniu w kominku i herbatą z cynamonem w dłoniach. Można też historii życia Benjamina Buttona wysłuchać w szpitalu – jak to czyni jedna z bohaterek filmu. Większości z nas wystarczyć będzie musiała sala kinowa. Niezależnie od warunków na nas wszystkich czeka wspaniała gawęda, która oczaruje, wzruszy i rozbawi. A jest co oglądać – film został nakręcony niezwykle misternie. Fincher od zawsze znany był ze swego efekciarstwa i tu, choć mocno tłumi swe skłonności, również pozwala sobie lekko pofolgować. Zacznijmy od pięknych zdjęć i stylizacji pierwszych partii obrazu na stare kino (sposób kręcenia ujęć zmienia się w różnych fazach filmu). Otrzymujemy też arcyciekawą nowelkę o zegarmistrzu, który buduje zegar chodzący do tyłu, by umarli żołnierze mogli powrócić z pól bitewnych I wojny światowej (widzimy scenę szturmu pokazanego wstecz, w którym żołnierze wstają z martwych). Mamy też siedem króciutkich scenek z owymi piorunami bijącymi w jednego z bohaterów, a każda jest nakręcona w nieco innym stylu. Choć film jest obrazem raczej melancholijnym, prowadzonym w spokojnym tempie, to gdy trzeba – na przykład w sekwencji z II wojny światowej – będzie odpowiednia dynamika. Do tego należy dodać bardzo dobre aktorstwo Cate Blanchett oraz Brada Pitta (z pewnością nie jest to jego najlepsza rola w karierze ale za to zapadająca w pamięć).
A jednak, kiedy minie pierwszy zachwyt filmem, kiedy wspomnienie cudownych zdjęć i muzyki zacznie blaknąć, w głowie pojawi się niepokojąca myśl: co pozostanie z niego w pamięci? Banalne przesłanie, że wszystko przemija, że trzeba pogodzić się z nieuchronnością śmierci? I w tej właśnie miałkości przesłania upatrywałby jedynej wady tego filmu.
“Strażnicy” to jeden z niewielu komiksów, wartych przeczytania, którego nie przeczytałem. Z tym więc większym zainteresowaniem obejrzałem adaptację tegoż komiksu w reżyserii Zacka Snydera. Po seansie wiem jedno – muszę jakoś zdobyć ten komiks, gdyż film jest dobry. Powiem nawet, że cholernie dobry. Wychodząc zaś z założenia, że adaptacje są zawsze (w 99,9%) gorsze od oryginałow, wniosek jest tylko jeden – ten komiks trzeba po prostu znać. Skoro zaś go nie znam, to trudno mi tu się rozpisywać i porównywać film z komiksem.
Od strony wizualnej film nie wybija się specjalnie, ale też nie zawodzi. Świetnie wypadają sceny slow-motion – stosowane aby wydobyć szczegóły sceny, aby narzucić jej odbiór tak, jak w komiksie, gdzie pojęcie “czasu” jest nieco odmienne niż w jakimkolwiek innym medium. Widzimy cały kadr, kawałek zamrożonej rzeczywistości, a potem czytamy dialog w dymkach: dla obrazka czas się zatrzymał, ale tekst idzie przecież do przodu. Dynamika, kadrowanie, ujęcia – wszystko jak z komiksu. I w dodatku działa. Fabuła również się broni – to nie popierdółka o Mrocznym Rycerzu, ale gęsta intertekstualna próba zajrzenia w mroczne dusze superbohaterów, próba zmierzenia się z wyobrażeniem o micie superbohaterów. To co mnie rozbroiło do reszty, to genialnie dobrana muzyka – ścieżka dźwiękowa (Dylan, Hendrix, Nena, Simon&Garfunkel, Cohen) – po prostu rządzi.
Czy to już zmierzch kina superbohaterskiego, czy “Mroczny Rycerz” Nolana i “Strażnicy” to jego szczytowe osiągnięcia. czy na horyzoncie nie widać niczego, co mogło by je przebić? Na te pytania nie znam odpowiedzi, ale wiem jedno – przeczytałem wiele komiksów i jeszcze kilka ciekawych z pewnością by się znalazło. Pytanie tylko, czy sięgnie po nie i co z nich zrobi Hollywood?
I wreszcie ostatni z filmów – “Popiełuszko”. Gdyby ode mnie to zależało, to z pewnością bym go nie obejrzał w kinie. Tak jak w przypadku “Katynia” należy docenić wysiłek realizatorski, rozmach produkcji i to, że ten film w ogóle powstał. I tak jak w przypadku “Katynia” emocje związane z wydarzeniami, o których opowiada, przysłaniają rzeczową ocenę filmu. Przygotowania do realizacji tego filmu trwały ponoć kilka lat. To, co widzimy na ekranie, wygląda jednak jak efekt pracy bogobojnych artystów pracujących pod groźbą ekskomuniki. Gdy w grę wchodzi kino na chwałę Pana, nie trzeba wdawać się w subtelności. Wystarczy szczera wiara i natchniony zapał. W efekcie “Popiełuszko” przypomina jasełka wystawiane przez katechetkę – po scenie przechadzają się tabuny postaci z kiepską charakteryzacją i drętwymi kwestiami do wygłoszenia. Film ratuje chociaż trochę ciekawa i prawdziwa rola Adama Woronowicza. Cichego, skromnego księdza, z licznymi słabościami, które bierze na siebie rolę kapelana Solidarności, walczącego o duchową wolność Polaków.

2008-09-26

Ostatnio obejrzane.

Nie tak dawno temu, skuszony niezwykle przychylnymi recenzjami, wybrałem się do kina na film “The Dark Knight”. I muszę przyznać się, że nie zawiodłem się. W “Batman Begins” Christopher Nolan zrobił z kinem batmańskim dokładnie to samo, co w “The Dark Knight” Joker robi z ołówkiem. Szybkim ruchem zgładził wszystko. Kompletnie odciął się od mitologii stworzonej przez poprzedników. Jego Batman był mroczny, jego historia opowiedziana na poważnie i realistycznie. Oglądało się to dobrze, ale tego pierwszego filmu nie można było określić niczym więcej niż tylko poprawnym blockbusterem.
W “The Dark Knight” (TDK) Nolan rozpoczyna swoją historię tam, gdzie zakończyła się pierwsza. Poszedł jednak o krok dalej. Pozbawił produkcję rozrywkowości, jednocześnie pozostawiając w swoim filmie sceny stricte rozrywkowe. Są tu motywy, podczas których powinniśmy przestawić się na odbiór radosnego dzieciaka, który ogląda w kinie genialnie nakręcony pościg czy rewelacyjny wybuch. Jednak tak się nie dzieje. TDK jest ponury, poważny, a mimo to nie wiadomo, kiedy minęły dwie i pół godziny seansu. Film Nolana ma pełny katalog zalet: od genialnego aktorstwa przez ujęcia mrocznego miasta aż po sceny, przy których popcorn grzęźnie w przełyku.
Jeżeli miałbym się do czegoś w tym filmie przyczepić, to do sposobu, w jaki Nolan w końcówce postanowił nieco oczyścić atmosferę. Zupełnie jakby się przeraził mroku, brudu i szaleństwa jakie wyprodukował przez ponad dwie godziny. Zupełnie jakby przestraszył się tego, że wychodzi mu coś totalnie przerażającego a zarazem genialnego. I w ciągu ostatnich 10 minut wziął i to był rozrzedził. Nie wiem czy to jego pomysł, czy też odgórne wytyczne kolesi trzymających kasę. Dość powiedzieć, że gdyby w końcówce pozostawił nas w tym nieprzewidywalnym chaosie jaki przez cały film produkował, to byłoby arcydzieło, film wybitny, a tak jest bardzo dobry.
Jak dla mnie “Mroczny Rycerz” jest najlepszym filmem tego roku, chociaż zapewne padnie ofiarą politycznej poprawności i Oscar za najlepszy film przypadnie jakiejś nieco bardziej poprawnej historii.
Na deser obejrzałem sobie w domu “American Gangster”. Film opowiada prawdziwą historię Frank Lucas’a (w tej roli Denzel Washington), który w latach 70 ubiegłego wieku dzięki handlowi heroiną wysokiej jakości, sprowadzaną prosto od producenta z Bangkoku, stał się najbardziej wpływowym handlarzem narkotyków. W filmie zostaje przedstawiona historia Lucasa, a także uczciwego i nieprzekupnego gliny z wydziału narkotykowego próbujacego złapać Lucasa – detektywa Richie Roberts’a (Russell Crowe).
Film zrobiony według klasycznych wzorców kina gangsterskiego ogląda się dobrze. Historia opowiedziana jest ciekawie, a realia Harlemu w latach 70 odtworzone pieczołowicie i drobiazgowo (duża w tym zasługa doskonałej ścieżki dźwiękowej). Siłą napędową filmu zdecydowanie jest wątek Franka Lucasa i to grający go Denzel Washington aktorsko wybija się na pierwszy plan. Ta historia przedstawia się ciekawiej, w sposób bardziej rozbudowany i barwniejszy od banalnego życia Robertsa granego przez Crowe’a. Dodatkowego smaczku, nadaje filmowi, szereg świetnie obsadzonych postaci drugo-, a nawet trzecioplanowych, które dodatkowo skupiają uwagę, odbierając nasze zainteresowanie bohaterowi Crowe’a. Wcielenia Cuby Goodinga Jr., Ruby Dee, Chiwetela Ejiofora to małe cudeńka, świetne stopione w jednolite tło dla postaci granej przez Washingtona. Także dzięki nim wątek Franka Lucasa stanowi kompletną opowieść, podczas gdy Roberts pełni rolę cienia, dopełnienia, a nie bohatera równorzędnego tytułowemu gangsterowi. Blady i rozpisany na kolanie motyw policjanta rozpracowującego narkotykowego barona przyplątał się tu chyba z innego filmu.
Oglądając tą klasyczną, gangsterską historię cały czas nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już to widziałem, że film ten powstał jakieś 30 lat za późno. Bo czym tak naprawdę może zaskoczyć nas ta historia? Co nowego może wnieść do klasyki kina gangsterskiego (“Godfather”, “Once Upon a Time in America”, “Goodfellas”, “Scarface”, “Carlito’s Way”, “Serpico”) film Ridleya Scott’a? Niestety nic.
“American gangster” to dobry film, perfekcyjnie nakręcony, ze świetnie opowiedzianą historią, ale nic nowego nie wnoszący, nie mający szans na stanie się dla kina gangsterskiego tym, czym chociażby “Unforgiven” dla westernu.

2007-09-13

Było głośno w kinie…

Filed under: ostatnio obejrzane — staruszek @ 21:36:54
Tags: ,

TransformersKorzystając z nagłego przypływu gotówki oraz sporej ilości wolnego czasu wybrałem się do kina na Transformers.
Transformers, z polska zwane Transformerami, to fenomen przemysłu zabawkowego. Powstali w 1984 roku jako linia zabawek mechanicznych dla chłopców składająca się z robotów przekształcających się w różnego rodzaju pojazdy mechaniczne. Wraz w wypuszczeniem na rynek pierwszych Transformerów, pojawił się również serial animowany oraz komiks.
Film opowiada historię pojawienia się na Ziemi dwóch, prowadzących ze sobą odwieczną wojnę, frakcji Transformerów. Z jednej strony są pokojowo nastawione Autoboty, z drugiej ukierunkowane na zniszczenie i dominację Decepticony. W tę walkę zupełnie przypadkiem wplątany zostaje Sam – uczeń liceum, którego najpoważniejszymi dotąd zmartwieniami było znalezienie sobie dziewczyny i uzbieranie pieniędzy na pierwszy samochód. Jest jednak potomkiem polarnego podróżnika i odkrywcy, po którym odziedziczył niepozorny przedmiot będący w rzeczywistości kluczem do zakończenia konfliktu między Transformerami.
Czego można było się spodziewać po filmie z taką fabułą? Przede wszystkim takie filmy należy oglądać tylko i wyłącznie w kinie. Z popcornem w jednym ręku i colą w drugiej.
Płytkie postacie? Jak najbardziej.
Śliczne kobiety, pościgi i efektowne walki przepełnione efektami specjalnymi? To też – w końcu to film w reżyserii Michael’a Bay’a, tego samego, który ma na rozkładzie między innymi obie części Bad Boys, Armageddon, czy Pearl Harbor.
Często w filmach tego rodzaju przed zaśnięciem powstrzymują tylko odgłosy efektów specjalnych (np: Next), na szczęście w tym przypadku, przynajmniej do pewnego momentu, jest inaczej. Fabuła jest interesująca, a pojawienie się na ekranie Shia LaBeouf gwarantuje salwy śmiechu. Prawdę mówiąc, ten młody aktor trzyma pierwszą połowę filmu. Do tego dodać trzeba jeszcze Megan Fox, której kreacja polega na byciu sexy – ciekawe kiedy w końcu zaczną za to przyznawać Oskary? No i nie wolno zapominać o agencie Simmonsie, którego z dużym dystansem gra John Turturro.
Dynamiczne sceny walki wypełnione efektami specjalnymi na przemian z humorystycznymi przerywnikami sprawiają, że film ogląda się przyjemnie i bez znużenia. Tak jest przynajmniej przez 3/4 seansu. Później niestety coś się psuje. Na ekranie przybywa robotów, a ubywa ludzi. Wszystko jest wielkie i efektowne (również walka finałowa), ale podobnie jak to było w “Bad Boys II”, ostatecznie zaczyna się robić lekko nudnawo i chaotycznie.
DisturbiaZachęcony dobrą grą Shia LaBeouf w Transformers sięgnąłem, już w domowym zaciszu, po kolejny film z udziałem tego aktora – Disturbia. Niby mamy tu ciekawą historię o nastolatku, który po śmierci ojca staje się ponury, zamknięty w sobie i zaczyna sprawiać kłopoty. Po pobiciu nauczyciela hiszpańskiego zostaje skazany przez sąd na areszt domowy. Zamknięty w czterech ścianach podmiejskiego domu, zaczyna podglądać sąsiadów. Jeden z nich wydaje się być seryjnym mordercą. Ale czy te podejrzenia nie są po prostu wytworem bujnej wyobraźni młodego człowieka? Niby mamy dobrych aktorów – matkę głównego bohatera gra Carrie-Anne Moss (pamiętna Trzy Nity z Matriksa), seksowną sąsiadkę gra Sarah Roemer, a seryjnego mordercę gra David Morse (choć jak na mój gust niezbyt przekonująco).
Czegoś jednak braku – według mnie, zabrakło Michael’a Bay’a, który potrafiłby zebrać poszczególne elementy układanki w miarę strawną całość. Film trochę zawodzi, gdyż niestety nie jest ani tak zabawnie, ani tak strasznie jak mogłoby być. No i oczywiście zakończenie do przewidzenia, czyli w sumie do oglądnięcia, ale nie należy spodziewać się fajerwerków.

2007-08-27

Obejrzane wczoraj.

Filed under: ostatnio obejrzane — staruszek @ 12:16:50
Tags: , ,

The QueenIdąc za ciosem, po oglądnięciu Driving Lessons oraz Notes On a Scandal, postanowiłem zaaplikować sobie kolejny brytyjski film. Tym razem wybór padł na The Queen (Królowa), głośny film w reżyserii Stephen’a Frears’a.
Film opowiada historię kilku dni, które wstrząsnęły Anglią i światem. W wypadku samochodowym ginie księżna Diana. Informacja ta dociera do królowej Elżbiety II, która wraz z rodziną przebywa na wakacjach poza Londynem. Mimo, iż pod bramami pałacu Buckingham pojawia się coraz więcej kwiatów monarchini decyduje, że Diana nie zostanie pochowana z honorami gdyż nie należy już do rodziny królewskiej. Z jej decyzją nie zgadza się Tony Blair – zaledwie kilka miesięcy wcześniej wybrany na premiera Wielkiej Brytanii. Zdając sobie sprawę z nastrojów społeczeństwa postanawia przekonać Elżbietę II do zmiany zdania.
Film ten to podobno popis wielkiego aktorstwa, a grająca główną rolę Helen Mirren dostała nawet Oskara dla najlepszej aktorki. Jak dla mnie aż takich fajerwerków aktorskich to tu nie ma. Owszem pani Mirren jako królowa jest bardzo przekonująca, ale bez przesady. Patrząc na zestaw nominowanych wydaje mi się, że chociażby Judi Dench z “Notatek o skandalu” bardziej zasługiwała na tą nagrodę. Ale to tylko moja prywatna opinia.
Najbardziej w “Królowej” podobało się pokazanie kulisów życia rodziny królewskiej i reakcji jej poszczególnych członków na trudną sytuację życiową. Moim ulubiencem został Książe Philip (w tej roli James Cromwell) – małżonek Elżbiety II (zwracający się do królowej, per “ogóreczku”). Ma on również ciekawy sposób na zajęcie się synami Diany – ciągle zabierając ich na polowania.
Dobrym zabiegiem było również pokazanie jak życie i kolejne skandale księżnej Diany były odbierane przez rodzinę królewską. Dzięki temu możemy się przynajmniej zastanowić, czy “księżna ludzkich serc” rzeczywiście była tak doskonałą osobą za jaką ją powszechnie uznajemy.
Film na pewno warty obejrzenia, chociaż raczej nie jako trzeci kolejny film produkcji brytyjskiej. Z tego też powodu jako drugi film zaaplikowałem sobie wreszcie swojską hollywoodzką produkcję.

The Number 23Z zamiarem obejrzenia filmu The Number 23 (Numer 23) nosiłem się już od pewnego czasu, a dokładniej mówiąc od momentu obejrzenia trailera na jutubie.
Oczywiście film nie jest aż tak dobry jak trailer, ale ogląda się go z przyjemnością. Należy do tego gatunku, który mi się najbardziej podoba w kinie amerykańskim, a który na swoje prywatne potrzeby określam jako “inteligentny thriller”. Kilka przykładów filmów z tej grupy: The Game, Memento, Matchstick Men, czy chociażby The Prestige.
Inteligentny thriller Joela Schumachera opowiada historię mężczyzny (Jim Carrey), którego życie niespodziewanie zmienia się po tym jak pewnego dnia styka się z zagadkową książką o tytule “The Number 23″. Z każdą kolejną stroną wzrasta u niego przeraźliwe przekonanie, iż jest ona oparta na jego własnym życiu. Obsesja związana z numerem 23 zaczyna go pożerać. On sam zaś zaczyna uświadamiać sobie, że książka przewiduje i prognozuje jego życie w stopniu wręcz paranoicznym…
Film jest aktorskim popisem Jima Carrey’ego, który po raz kolejny udowadnia, że znacznie lepiej wychodzą mu filmy inne (The Mask, The Truman Show, Man on the Moon, Eternal Sunshine of the Spotless Mind) niż głupiutkie komedie. I chociażby dla samego Carrey’a ten film warto zobaczyć. Chociaż oczywiście sam Carrey to nie wszystko: ciekawa i niebanalna historia, świetny klimat i zaskakujące (przynajmniej w pewnym stopniu) zakończenie – to atuty Numeru 23. Jak najbardziej do obejrzenia.

2007-08-20

Obejrzane wczoraj.

Filed under: ostatnio obejrzane — staruszek @ 13:12:03
Tags: ,

Ostatnio zaserwowałem sobie seans dwóch brytyjskich filmów: Driving Lessons (Nauka jazdy) oraz Notes on a Scandal (Notatki o skandalu).
Driving Lessons Pierwszy z tych filmów, to opowieść o nieśmiałym chłopaku Benie (w tej roli Rupert Grint znany głównie ze swoich występów w serii o Harrym Potterze). Ben mieszka razem ze swoimi rodzicami – nadopiekuńczą matką, zakompleksionym ojcem – pastorem oraz dziwnym starszym panem, który próbuje dojść do siebie po przejachaniu samochodem swojej lepszej połowy. Oprócz problemów w domu, Ben nie potrafi dogadać się z dziewczyną (duży wpływ mogą mieć na to wiersze autorstwa Bena) oraz nie może zdać egzaminu na prawo jazdy.
Wszystko ulega zmianie, gdy Ben po “namowach” swojej matki podejmuje się opieki emerytowanej aktorki Evie (Julie Walters). Starsza pani podróżuje z 17-letnim Benem po Endyburgu, uczy go aktorstwa i jazdy samochodem.
Driving Lessons to typowe angielskie kino obyczajowe: trochę na poważnie, a trochę śmiesznie. Film o wchodzeniu w dorosłość, o przyjaźni i samotności, poszukiwaniu własnego ja. Nic specjalnego oczywiście, ale ogląda się całkiem przyjemnie i bez znużenia. Coś dla osób, którym znudziły się chwilowo amerykańskie fajerwerki.
Notes On a Scandal Drugi z filmów, Notes On a Scandal (Notatki o skandalu) to przerażające studium samotności oraz tego co ta samotność może zrobić z człowiekiem:
People like Sheba think they know, what it is to be lonely.
But of the drip, drip… of long-haul, no-end-in-sight solitude…
They know nothing.
What it’s like to construct an entire weekend around a visit to the launderette,
or to be so chronically untouched that the accidental brush of a bus conductor’s hand…
sends a jolt of longing straight to your groin.
Of this… Sheba and her like – have no clue.

Film jest ekranizacją powieści Zoe Heller, opowiada historię czterdziestoletniej nauczycielki Sheby Hart, która nawiązuje romans z piętnastoletnim uczniem, a całą sprawę obserwuje jedna z jej koleżanek Barabara, która staje się samozwańczą kronikarką narastającego skandalu. Film jest dramatem obyczajowym – warto go zaś obejrzeć dla dwóch znakomitych aktorek: Cate Blanchett i Judi Dench. Podobnie, jak i poprzedni, przeznaczony dla osób, którym chwilowo znużyły się historie o amerykańskich superbohaterach ratujących świat.

Theme: Rubric. Blog na WordPress.com.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.