staruszek 2.0

2009-09-07

Norman Davies – Od i Do

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 12:45:43
Tags: ,

“Od i Do”, czyli najnowsze dzieje historii Polski (od 1850 do 2005 roku) według historii pocztowej to najnowsza książka Normana Daviesa.
Historia pocztowa – co to takiego? Termin, może niezbyt szczęśliwy, oznacza historię opowiadaną na podstawie listów, pocztówek i znaczków pocztowych. A że od 1850 roku znaczki pojawiły się w prowincjach Cesarstwa Austriackiego i w Królestwie Prus (cesarstwo Rosji spóźniło się o 7 lat), Norman Davies opisuje Polskę właśnie od połowy XIX wieku, śledząc najróżniejsze przesyłki zarówno z ziem polskich w świat, jak i nadchodzące do nas z zagranicy.
Książka ta jest dość nietypowa dla twórczości Daviesa – nie jest to cegła (czyli książka w okolicach 1000 stron), tylko niezwykle starannie wydany album (w dwóch tomach) zawierający reprodukcje listów i kart pocztowych z każdego okresu historii Polski z w/w okresu. Norman Davies z pasją wyszukiwał ich od ponad 20 lat na pchlich targach i w antykwariatach na całym świecie aby podzielić się swymi odkryciami i przemyśleniami w tym właśnie albumie. Znajdziemy tutaj między innymi zaproszenie do odwiedzenia panny Moniki Gardner w Londynie, która przekładała Mickiewicza na angielski, kartkę umierającego rosyjskiego kawalerzysty, który żegna się ze swoim koniem (nadana w 1914 roku), życzenia świąteczne z 1981 roku, podpisane przez ks. Jerzego Popiełuszkę i wiele, wiele innych osobliwości.
Autor dodaje niewiele komentarzy od siebie. Raczej objaśnia, co można wyczytać z karty pocztowej, niż tłumaczy mikroskopijne historie osobiste, które znajdują się w listach i kartkach pocztowych. Jak podobno twierdzi sam Davies – “ten album chyba potwierdza w dużej mierze mój punkt widzenia na historię Polski w XIX i XX wieku, ale może być niespodzianką dla wielu Polaków. Dla nich istniała jedna wielka Polska, która przeżyła wiele różnych okupacji. Według nich okupacje były, minęły, a wieczna Polska została. Tymczasem nie do końca tak było…”.
Można się z tym zgadzać lub nie, ale na pewno historia Polski nigdy wcześniej nie została zilustrowana w ten sposób – to trzeba obejrzeć.

2009-08-17

Paweł Jasienica – Polska Piastów

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 18:31:08
Tags: ,

“Polska Piastów” to pierwszy tom cyklu esejów Pawła Jasienicy o burzliwej historii Polski przedrozbiorowej. Jak sam autor pisze w posłowiu: “jak każdy esej – zawiera tezy dyskusyjne. Esej ten zabarwia nie naukowa beznamiętność, lecz jej przeciwieństwo – ton osobisty, bezpośrednie, jak najmocniejsze zaangażowanie autora przemawiającego wprost i na własną odpowiedzialność”. I to właśnie jest najmocniejszą stroną tej książki: napisana jest żywym, ciekawym i barwnym językiem. Najdawniejszą historię Polski tworzyli ludzie i to właśnie oni są głównymi bohaterami historii “Polski Piastów”.
Styl Jasienicy jest naprawdę godny uwagi – wtedy nikt tak nie pisał książek historycznych (a i współcześnie Jasienicy może dorównać chyba tylko Norman Davies). Wszystko opisywane jest w sposób wyśmienity. Niczym średniowieczny bard, Jasienica roztacza przed nami piękno czasów Polski piastowskiej. Zachwyca czytelnika wspaniałymi opisami i świetnymi spostrzeżeniami. Autor pozwala sobie również na subtelny humor, który na pewno umila lekturę. Całość stanowi niezwykle pasjonującą lekturę, przy której można się zapomnieć i choć przez moment przenieść do tego, co było, pomyśleć o przeszłości.
Jasienica pozwala sobie na subiektywne przedstawianie historii. Nie ukrywa swojej sympatii/antypatii do poszczególnych postaci. Mówi wprost o tym, co było złe w okresie rozbicia dzielnicowego. Co ważne, autor nie idealizuje żadnej postaci. Dostrzega geniusz Kazimierza Wielkiego, mówi o jego wspaniałych zasługach, ale wspomina również o jego słabości do kobiet i skutkach, jakie to niosło dla władcy.
“Polska Piastów” pisana była w latach sześćdziesiątych minionego stulecia i jest to widoczne w kilku miejscach książki (przykład Biskupina) ale w niczym nie umniejsza wartości dzieła Jasienicy.
W swoim eseju o najdawniejszej historii Polski, autor powołuje się na badania archeologiczne oraz kroniki opisujące historię Polski. Co ciekawe Jasienica nie waha krytykować się samych kronikarzy i ich zapisków, co jeszcze zwiększa atrakcyjność “Polski Piastów”.
Książka wydana jest z dużą dbałością o czytelnika (duży plus dla wydawcy) – twarde i wytrzymałe okładki, dobry papier. Całość wzbogacają zdjęcia budowli, wykopalisk i map. “Polskę Piastów” czyta się rewelacyjnie, niczym dobrą powieść. Polecam wszystkim, nawet tym, którzy nie lubią historii – może dzięki tej książce zdołacie ją polubić. Naprawdę warto.

2009-07-17

Italo Calvino – trylogia “Nasi przodkowie”

Italo Calvino to pisarz raczej mało znany w Polsce. Tym bardziej cieszę się, że miałem przyjemność poznania chociaż niewielkiego wycinka jego twórczości. Pisząc to mam na myśli intrygującą trylogię “Nasi przodkowie”, która sięga do baśni, podejmuje filozoficzne wątki, zachwyca przygodą, poetycznymi opisami, tworzy nowe mity i Bóg wie, co jeszcze.
Poszczególne części trylogii nie powalają objętością (najdłuższy, środkowy tom, ma raptem 323 strony), ale pod żadnym pozorem nie należy spodziewać się szybkiej i łatwej lektury – nie ma tu miejsca na prostą opowieść czy jednoznaczne przesłanie. Już tytuły poszczególnych tomów: “Wicehrabia przepołowiony”, “Baron drzewołaz”, “Rycerz nieistniejący” – zdradzają intrygującą fabułę i niebalne podejście do poruszanych tematów. I rzeczywiście tak jest – w trzech krótkich książkach mamy do czynienia z prawdziwą feerią tematów: obok filozoficznych rozważań o istnieniu człowieka pojawiają się awanturnicze przygody rozgrywające się na drzewach, poszukiwaniu pełni życia towarzyszą perypetie jak z komedii qui pro quo. Calvino bogactwem wątków spokojnie dorównuje Umberto Eco – tyle że w mikroskali, bo cała trylogia zajmuje tyle stron co jedno “Imię róży”.
Calvino w baśniowy sposób, często korzystając z narracji a la powieść przygodowa dla chłopców, opisuje życiorysy trzech bohaterów żyjących w różnych epokach i miejscach. Pierwsza i najkrótsza z książek (a jednocześnie najsłabsza), “Wicehrabia przepołowiony”, to historia Włocha, który udawszy się na wojnę do Czech, zostaje rozerwany na pół przez wybuch armatni. Do rodzinnego miasta wraca tylko część wicehrabiego – na dodatek ta gorsza część – i zaczyna broić. Ekscesy hrabiego próbuje zrozumieć młody bohater wraz z przyjacielem, doktorem Liveseyem (ukłon w stronę “Wyspy skarbów” Stevensona).
Najciekawsza z całej trylogii jest opowieść o Cosimie, bohaterze “Barona drzewowłaza”. W powieści o arystokracie, który postanowił przepędzić życie na drzewach, Calvino łączy ze sobą powieść przygodową dla chłopców i poważne rozważania na temat wolności ludzkiej. Dlatego Cosimo oprócz hasania po drzewach czy walki ze znienawidzonymi jezuitami (którzy nigdy nie przebaczają) próbuje stworzyć idealne państwo. W jego projekcie konstytucji nowej utopii uwzględnia się prawa nie tylko mężczyzn, kobiet, dzieci, innowierców, ale także “Zwierząt Domowych i Dzikich, nie wyłączając Ptaków, Ryb i Owadów, a także Roślin, zarówno Wysokopiennych jak i Ogrodowizny i Ziół”. Jeden ze swoich projektów baron przesyła Diderotowi, jednak bez powodzenia.
W “Rycerzu nieistniejącym” Calvino próbuje odtwarzać znane mity i legendy (Graal) – przy czym nie są one powtórzeniem tego, co już było, ale raczej współczesną wersją. Tak jest właśnie z rycerzem Karola Wielkiego, Agilulfem, który jest tak doskonały, że… wcale go nie ma. A jednak dokonuje wspaniałych czynów czy nawet – ujmijmy rzecz poetycko – obcuje cieleśnie z damą.
“Nasi przodkowie” to wspaniały kolaż literatury, a mamy tu prawie całą literaturę, łącznie z naukową refleksją, filozofią czy nawet narracją religijną – koniecznie należy przeczytać.

2009-06-08

Michał Jagiełło – Wołanie w górach

Zaszufladkowany do: Tatry, ostatnio przeczytane — staruszek @ 10:56:37
Tags: , , ,

“Wołanie w górach” Michała Jagiełły to monumentalne dzieło opisujące najciekawsze i najtrudniejsze akcje ratunkowe, jakie przeprowadzono w polskich Tatrach od początku istnienia TOPR aż do roku 2005. W obecnej edycji znajduje się także esej przybliżający historyczne początki ratownictwa w Tatrach oraz opisujący najstarsze udokumentowane wypadki w Tatrach (m. in. Klimka Bachledy i Mieczysława Karłowicza). Właśnie ten pierwszy rozdział wywołuje w czytelniku niepojętą chęć przeczytania książki w całości, co jest tym dziwniejsze, że autor już we wstępie deklaruje iż opis wypadków będzie powściągliwy, bezosobowy, niemal kronikarski. W związku z tym przez większość książki przewijają się setki, niezwykle podobnych do siebie, zlewających się w rozmazaną całość, faktów. Na szczęście autor nie dotrzymuje słowa. Michał Jagiełło to taternik, który z ratownictwem górski związny był od 1961 roku, w latach 1972-1974 był nawet naczelnikiem TOPR. Miał więc wyjątkową możliwość zapoznania się z historią ratownictwa, zgłębić teorię, a jednocześnie praktycznie zweryfikować ją na wielu wyprawach. W związku z tym do niektórych opisów akcji ratunkowych wkrada się osobisty komentarz, próby wejrzenia w psychikę ofiar wypadków, jak również ratowników, próby dojścia przyczyn wypadków i tragedii z nimi związanymi. I właśnie te fragmenty, a nie sucha kronika, są najciekawszymi fragmentami książki. Sprawiają, że warto przedzierać się przez te kilkanaście, czasami kilkadziesiąt stron aby natrafić na taki rodzynek. Nie jest to jakaś niezdrowa fascynacja ludzką tragedią, raczej chęć poznania i zrozumienia zagrożeń w górach. Autor opisując wypadki i akcje ratunkowe unika krwawych opisów i taniej sensacji. Wypadki tatrzańskie według Jagiełły to nie wypadki górskie z wiadomości telewizyjnych (krew, łzy i bezsensowny komentarz), tylko ludzki dramat i bezustanna walka o człowieka. Lektura ta na pewno nikogo nie zniechęci do wędrówki po Tatrach, ale z pewnością uczyni je bezpieczniejszymi. Z książki promieniuje głęboki i szczery szacunek dla gór i ludzi gór, którzy się z nimi mierzą, a są to wartości, które w zatłoczonym Zakopanem trudno czasami odnaleźć. Z książki Michała Jagiełły wyciągnąłem wiele ważnych wniosków, dotyczących bezpieczeństwa w górach i przyczyn wypadków. Według mnie jest to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika odpoczynku w górach.

2009-04-28

Wit Szostak – Wichry Smoczogór, Poszarpane granie, Glęźdzby Ropucha

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 16:35:27
Tags: , , ,

“Glęźdzby Ropucha”, czyli Podania i bajędy Międzygórza z klechd rozklecone, z pleciug wyplecione i na nowo w ględźby przesupłane przez Ropucha Eremitę w świętym i starożytnym monastyrze boga Los. Tak brzmi pełen tytuł ostatnio wydanej książki Wita Szostaka. Opowiadania do tej książki powstawały przed “Wichrami Smoczogór” i “Poszarpanymi graniami”. Zbiorek liczy szesnaście opowiadań, pozornie spojonych wyłącznie jednością świata, w jakim się dzieją. Każde inną ma fabułę, w każdym różni są bohaterowie i miejsca (choć zdarza się niektórym grać epizody w więcej niż jednym tekście), wymowę ciężko im jednaką przypisać. Tymczasem po zakończeniu lektury jest się pewnym, że połączenie ich w jedną całość nie jest przypadkiem, że wszystkie one mówią o czymś podobnym i podobną opisują historię.
Świat, gdzie rozgrywają się Ropuchowe ględźby nie jest – na pierwszy rzut oka – fantastyczny. Zazwyczaj dopiero pod koniec zdarza się cud, coś niezwykłego, powodującego całkowity zwrot akcji. Z czasem, kiedy czytelnik oswaja się z niezwykłościami książki Szostaka, czar pojawia się w tekście coraz wcześniej, jest coraz wyrazistszy, jednak końcowa niespodzianka jest czymś stałym. I za każdym razem to zakończenie nadaje opowiadaniu dodatkowe znaczenia, zaskakuje i frapuje, prowokując do poszukiwania nowych interpretacji. Cała zagadkowość jest jednak podstawą do tego, co chyba w „Ględźbach Ropucha” najważniejsze – do filozoficznego dyskursu. Opowiadania wydają się być wariacjami na lube sercu autora tematy, różnymi wersjami odpowiedzi na pytania, które Wit Szostak najbardziej sobie w filozofii ceni. Bohaterowie, stawiani są w obliczu niezwykłych miejsc i wydarzeń, co powoduje, że ich słowa i czyny nabierają wagi argumentów w toczonych od zarania świata dyskusjach. Swoje zagadki i debaty opakował Wit Szostak w niezwykły język. Pełno tu zabaw językiem. Wiele tu zagrań rodem z poezji Leśmiana, wiele nowych słów, zbitek. Autor próbuje się z językiem polskim, wyciska z niego nowe brzmienia i wplata je w swoją opowieść, dodając jej uroku.
Nie jest to prosta lektura, najlepiej zaś smakuje dozowana – jedno opowiadanie naraz – większa dawka może spowodować przesyt.
“Wichry Smoczogór” to literacki debiut Szostaka, chociaż napisana została po “Glęźbach Ropucha”. Książka niezmiernie trudna do opisania, gdyż z najwyższym trudem dałoby się odnaleźć literackiego krewniaka, do którego można by ją przyrównać. Wit Szostak stworzył powieść, która, choć mieści się w kanonach fantasy, sięga ku korzeniom tego gatunku, odkrywając w nim świeżość i głębię, którą po Tolkienie rzadko kto potrafił czytelnika zaskoczyć.
Powieść jest prosta. Ot, wichry się w Smoczogórach zbiesiły i nawet najstarsi górale nie są do końca pewni dlaczego. Zasiedli więc do rady, znaleźli sposób i wysłali Berdę, młodego gęślarza i Wrzośca, uczonego smokoznawcę, żeby przywrócili rzeczom naturalny porządek. Obaj młodzi wyruszają zatem w misję, ratować spokój swoich ukochanych gór.
Jednak, choć “Wichry Smoczogór” są oszałamiająco proste (no, można tam znaleźć kilka powikłań fabuły i skrywanych tajemnic), to zachwycają swoją głębią. Spokojna mowa smoczogórskich górali i potoczysty opis ich pięknego kraju pełen jest mądrości, nad którymi czytelnik jeszcze długo będzie myśleć. Jest w tym przejrzystość, jasność co do tego, jak świat jest urządzony, co w nim było – i co będzie. Wit Szostak pokazuje, że w kilku słowach można zamieścić wiele treści. Sądzę nawet, że dożyjemy czasów, kiedy mainstream z radością zagarnie go pod swoje skrzydła, bym móc się chełpić jego obecnością wśród głównonurtowych pisarzy.
Niejeden zawaha się, czy można uznać za fantasy książkę bez jednego miecza, czarodzieja w spiczastej czapie w gwiazdy, biuściastej elfki, czy brodatego krasnoluda. Myślę jednak, że każdy kto przeczyta tą książkę, nie zaprzeczy magii wypełniającej stworzoną przez Szostaka krainę. Choć Smoczogóry stworzono zapewne na podobieństwo istniejących gór, to są one kreacją na wskroś fantastyczną, godną porównywania z Lorien. Wiele tam czaru, ale zdaje się on wypływać z samych gór, wiejącej w nich muzyki i kształtowanych przez te dwa potężne czynniki ludzi.
Smoczogóry są pełne czaru, który nadal obecny jest w naszym świecie, i który człowiek wciąż może odnaleźć jeszcze dziś w górach i lasach. Wystarczy nieco czasu, skupienia, zastanowienia nad tym, co jest dookoła nas, a już za rogiem można odnaleźć świat pokrewny krainie z powieści Wita Szostaka, świat wprowadzający w zachwyt swoją magią. Górale mają ten czas, czas na najważniejsze i dzięki temu są w stanie zadziwić swoją wiedzą uczonych ze stolicy, a przy tym czynią dzieła zdające się profanom magią.
Wspaniały debiut, tą książką Szostak zawiesił sobie poprzeczkę niemożebnie wysoko…
I w “Poszarpanych graniach” tą poprzeczkę przeskoczył z dużym zapasem. Chronologicznie akcja powieści rozgrywa się przed wydarzeniami opisanymi w “Wichrach Smoczogór” (mamy tu Berdę jako wyrostka i opiekującego się nim Starego Rysia). Ludzie, skrzaty, drzewa i czarty żyją razem w górach, jednak wszyscy są nieco młodsi, nieco głupsi. Być może dlatego, że Koreda, główny bohater powieści, jeszcze nie wykonał tego, co mu nakazał los, i wszyscy rozumni nie do końca pojmują, o co w tym świecie chodzi. Szczególnie ciężki jest los ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą, jak postępować, żeby nie stracić duszy.
To ten sam świat. Ten sam styl. Ten sam pisarz. Piękno gór schodzi jednak na drugi plan, podobnie muzyka. Mniej tu czaru, nie ma też tej spajającej wszystko jedności krajobrazu, człowieka, dzieł jego rąk i śpiewu jego duszy. Smoczogóry są tu tradycyjną fantastyczną sceną, na której Wit Szostak odgrywa swoją sztukę. Widać, jak się toczy opowieść, charaktery bohaterów są wyrazistsze, a przekaz, którym autor raczy nas obdarzać, trafia do rozumu, a nie do serca.
Między jedną a drugą książką zgubiła się też góralszczyzna. Smoczogóry są nadal magiczne i wrośnięte w nie czary nie słabną ani o jotę, jednak ich mieszkańcy okazują się tylko ludźmi, słabymi i zawodnymi. W długiej, wielopokoleniowej sadze rodu Koźliców wiele jest porażek, błędów i zwykłej, ludzkiej głupoty. Muzyka, proste prawdy i otaczający ich majestat nie okazują się być skuteczną zaporą przed byciem zwykłym człowiekiem. Dopiero pogodzenie się ze światem i zrozumienie roli, jaką ma się do odegrania, pozwala ludziom na bezpieczną egzystencję, daleką od czartów czyhających na ich dusze. Ale na pojęcie tych prawd jest jeszcze za wcześnie, to pogodzenie się ze światem widać dopiero w “Wichrach Smoczogór”.
Bez wątpienia “Poszarpane granie” są inną powieścią niż “Wichry Smoczogór”, a jednak można w nich wyczuć ten sam klimat, te same nuty, są uzupełnieniem, zamknięciem całości. Chciałoby się jednak, żeby kiedyś Szostak powrócił jeszcze to tej tematyki. Smoczogóry są tego warte.

2009-02-21

Lloyd C. Douglas – Szata, Wielki Rybak

Szata

Do przeczytania książek “Szata” oraz “Wielki Rybak” autorstwa Lloyda C. Douglasa skłoniła mnie zachęta ze strony znajomego. Znamy się od lat, nieraz pożyczaliśmy sobie wzajemnie książki, wydawało mi się więc, że zna już moje gusta literackie dość dobrze. “Szata”, to według wydawcy, powieść zbliżona tematycznie do Sienkiewiczowskiego “Quo Vadis”. Akcja rozgrywa się w Rzymie i Jerozolimie w czasach Chrystusa i koncentruje na sprawach i postawach ludzi przed którymi staje Chrystus – tak jak przed Marcellusem Gallio, posiadaczem wygranej szaty Ukrzyżowanego, która odmienia życie trybuna rzymskiego. “Wielki Rybak” zaś stanowi jakby dalszy ciąg “Szaty”. Tytułowym bohaterem jest oczywiście Szymon, autor zaś koncentruje się na przedstawieniu dylematów moralnych człowieka, który zaparłszy się Chrystusa potrafi znaleźć siłę, aby przeistoczyć się w Piotra – Opokę i pozostać wiernym ideom głoszonym przez Chrystusa aż po męczeński kres. Po raz kolejny okazało się, że nadużywana, z uporem godnym lepszej sprawy, przez wydawców metoda polegająca na wypisywaniu na okładkach jakim to wspaniałym następcą klasyka jest dany autor, powinna być raczej ostrzeżeniem niż zachętą do czytania. Oczywiście powieści Douglasa są znacznie słabsze niż “Quo Vadis” – na szczęście nie jest tak źle jak z inną książką wzorującą się na powieści Sienkiewicza – “Quo Vadis Trzecie Tysiąclecie” Martina Abrama (to jest dopiero gniot jakich mało). Obie powieści mają zachwianą konstrukcję – najpierw jest powolne budowanie akcji, poznajemy bohaterów i sytuację. I gdy zaczyna sie robić naprawdę ciekawie autor na dosłownie 30 stronach rozwiązuje wszystkie wątki. Przyznam, że takie rozwiązania wkurzają mnie strasznie. Również tematyka poruszana przez Douglas (a także styl, jakim to czyni) nie należą do moich ulubionych – i tu mam duże pretensje do znajomego, który wszak powinien znać moje literackie upodobania. To, co mi się podobało w powyższych powieściach, to sposób w jaki Douglas przedstawia Chrystusa i jego naukę. Jezus ukazany jest jako człowiek głoszący nauki o nowym Królestwie Bożym, przy okazji niejako, uzdrawiając chorych i kalekich. Wszyscy, którzy spotykają go, wiedzą, że spotkali człowieka niezwykłego. Na niektórych spotkanie to i nauki Jezusa wywierają olbrzymie wrażenie. Zostają jego uczniami i wyznawcami, odkrywają jego boskość. Większość powraca jednak do codzienności i żyje po staremu. Jezus i jego nauki wydają się wyprzedzać swoje czasy, większość nie jest przygotowana na ich zrozumienie, a co dopiero na ich przyjęcie i życie według ich wskazań. Najbliżsi uczniowie mają nadzieję, że w przyszłości to się zmieni. Czy aby jednak na pewno? Czy w dzisiejszych czasach Jezus zostałby zrozumiany i wysłuchany? Bardzo w to wątpię. Temat ten poruszył chociażby Rafał Ziemkiewicz w znakomitej “Jawnogrzesznicy”.

2009-02-06

Steven Erikson: Niezależne opowieści ze świata Malazańskiej Księgi Poległych.

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 14:45:02
Tags: , , , ,

Steven Erikson – nazwisko tego kanadyjskiego pisarza słyszałem już dawno temu. Co pewien czas powracało do mnie w coraz to lepszych recenzjach kolejnych tomów z cyklu Malazańska Księga Poległych. Przyznam, że zawsze pociągała mnie (wiem, jestem masochistą) lektura rozbudowanego cyklu fantasy. Większość recenzji Malazańskiej Księgi to same superlatywy i zachwyty – czyżby można było połączyć przyjemne z pożytecznym?
Zachęcony recenzjami postanowiłem zacząć od trzech powiastek o przygodach Bauchelaina, Korbala Broacha oraz ich pełnego wad lokaja – Emancipora Reese’a. Nowele te, liczące średnio nieco ponad 100 stron, nie są związane z głównymi wydarzeniami cyklu, ale wedle słów wydawcy mają stanowić “idealny wstęp dla tych, którzy sagi Eriksona nie znają, a także doskonałą lekturą dla miłośników cyklu”. Nie wiem jak jest z drugą częścią tego stwierdzenia, ale jeżeli chodzi o “idealny wstęp” to jest wręcz przeciwnie.
Nie chcę się tu rozpisywać o fabule tych powiastek, bo jest to sprawa drugo, a nawet trzeciorzędna. Przyznać trzeba, że pomysły to Erikson może i ma, ale z ich wykorzystaniem, stylem pisarskim, narracją jest już gorzej. Czasami dużo gorzej. Sam autor przyznaje, że sztuki narracji uczył się gdzie popadnie – jak choćby czytając Roberta Ludluma. I to widać, słychać, a nawet czuć. Czasami wręcz czułem się jakbym cofnął się w czasie i ponownie przeżywał męki lektury perełek spłodzonych przez takich mistrzów jak Brian Lumley, Guy N. Smith czy Graham Masterton (wiem, jestem masochistą). Czary goryczy dopełniają kiczowate okładki przypominające wcześniej wspomniane perełki.
Nowel Eriksona nie można tylko potępiać. Warto docenić czarny humor (zwłaszcza w “Metach Końca Śmiechu”) oraz zakręcone i odjechane pomysły na fabułę (“Zdrowe zwłoki”). Nie wystarcza to niestety, aby chętnie sięgnąć po kolejne powieści Eriksona. Tak więc “Ogrody księżyca” stoją na półce, kurzą się i czekają na lepsze czasy.

2008-11-30

Waldemar Łysiak – MW

Trylogia łotrzykowsko-heroiczna Waldemara Łysiaka zauroczyła mnie i wciągnęła bez reszty. Stwierdziłem więc, że warto przeczytać coś jeszcze autorstwa tegoż pisarza. Sięgnąłem więc, zachęcony pozytywnymi recenzjami, po słynne “MW”, czyli Muzeum Wyobraźni Waldemara Łysiaka. MW to nic innego jak zbiór esejów osnutych na przeróżnych obrazach, które też w MW są reprodukowane (na kredowym papierze).
Książka jest przereklamowana. Przede wszystkim jest bardzo nierówna – kawałki genialne, które czyta się jednym tchem i zastanawia się, jak można napisać coś takiego, przeplatają się z nudnymi dłużyznami, które pretendują do miana poezji. Na taki a nie inny odbiór przeze mnie tej książki wpływa z pewnością fakt, że zarówno malarstwo jak i poezja nie są moimi ulubionymi konikami. Tam gdzie jedni widzą “farbę kładzioną chaotycznie, waloną pozornie przypadkowo, jednakże barwy kryształowo czyste i prześwietlone promiennym światłem”, ja widzę bohomazy pijaczyny upalonego opium. No, ale jak to mówią: sztuka jest jak gówno – najpierw musisz ją poczuć…
Momenty w MW z pewnością są, ale rzadko – najsłynniejszy cytat znaleźć można chociażby tutaj. Z pewnością też MW zahamuje poznawanie przeze mnie kolejnych “Łysiaków” z “Empireum” i “Malarstwem białego człowieka” na czele (tym bardziej, że całość MBC – 8 tomów, jest niedostępne w księgarniach, zaś na Allegro ceny kształtują się w granicach 5000PLN za komplet).

2008-09-30

Paul Kearney – Boże Monarchie

Na cykl “Boże Monarchie” Paul’a Kearney’a składa się pięć tomów: “Wyprawa Hawkwooda”, “Królowie heretycy”, “Żelazne wojny”, “Drugie imperium” oraz “Okręty z zachodu”. Nie ukrywam, że przystępując do lektury pierwszego tomu cyklu byłem pewien obaw, czy nie będzie to typowa zachodnia fantasy jakich pełno na półkach polskich księgarń. Na szczęście moje obawy nie sprawdziły się.

Pierwszy tom pochłonął mnie samą tylko tematyką – morską wyprawą w nieznane. Paul Kearney interesuje sie żeglarstwem. I to w jego książkach widać. Nie przypominam sobie równie dobrej marynistycznej fantasy oprócz kultowego już “Króla Bezmiarów” Kresa. W kolejnych tomach, opisów morskich wojaży jest nieco mniej, więcej za to monumentalnych wojen i bitew lądowych, ale w niczym nie psuje to przyjemności lektury. To co rzuca się w oczy w miarę lektury kolejnych tomów, to przede wszystkim wrażenie, iż autor doskonale zaplanował sobie rozwój fabuły, panuje nad wszystkimi wątkami i doskonale wie, jak zakończy się całość. Brak też denerwującego mnie strasznie, ciągłego przypominania, co wydarzyło się w poprzednich tomach oraz tego kto jest kim. Poszczególne tomy niby da się czytać bez znajomości innych, ale traci się wtedy naprawdę wiele.
Oczywiście Kearney nie jest wirtuozem pióra (być może to wina przekładu?) ale poszczególne tomy czyta się z przyjemnością. Swoich bohaterów Kearney traktuje z sympatią, ale nie szczędzi im ciężkich przeżyć, i jeśli ktoś liczy na happy end, to bardzo się przeliczy. Ciekawym zabiegiem (bardzo udanym) jest umieszczenie akcji ostatniego tomu kilkanaście lat później niż wydarzenia opisane we wcześniejszych tomach. Oprócz czysto rozrywkowego charakteru książek Kearney’a między wierszami można wyczytać o istocie powstawania religii, róznic pomiędzy religiami oraz mechanizmu wojen religinych.
“Boże Monarchie” to niezwykle udany cykl czytadeł fantasy, z doskonale wyważonymi proporcjami między dynamicznymi opisami bitew, statycznymi opisami kulisów władzy politycznej i religijnej plus dodatkowo wątek marynistyczny – czegóż chcieć więcej?

2008-08-22

Marek S. Huberath – “Miasta pod skałą”, “Balsam długiego pożegnania”

Zaszufladkowany do: ostatnio przeczytane — staruszek @ 12:33:37
Tags:

Marek S. Huberath to pseudonim pisarza niezwykłego. Na codzień zajmuje się fizyką biologiczną i fizyką ciała stałego w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. W wolnych chwilach bywa zaś pisarzem. Pisarzem dodajmy niezwykłym, wyznającym zasadę lepiej mniej, ale lepiej. Nie publikuje dużo, lecz zdobył już trzy Nagrody Zajdla i siedem nominacji. W 2005 roku przerwał długie milczenie i opublikował powieść “Miasta pod skałą”. Powieść naprawdę niezwykłą, którą jednak męczyłem przez prawie dwa lata. Wydaje mi się jednak, że jestem chociaż częściowo usprawiedliwiony – sam autor pisał tą powieść przez 9 lat – od 1995 do 2004 roku.
Powieść licząca sobie prawie 800 stron zaczyna się powoli, stopniowo budując atmosferę tajemniczości, a nawet grozy, odwlekając rozwiązanie wpisanych w akcję zagadek, opisuje przypadki Humphreya Adamsa Jr. Jest to nieco sfrustrowany i zagubiony w życiu historyk kultury śródziemnomorskiej przebywający na stypendium w Rzymie. Podczas zwiedzania Watykanu wchodzi do znajdującego się pod wzgórzem watykańskim korytarza-labiryntu, który – jak się okazuje – stanowi przejście do innego świata (a właściwie: zaświatów). Adams trafia najpierw do Miasta pod Skałą rządzonego na totalitarną modłę przez Człekousta, a potem do mrocznego państwa Pana z Morza, które okazuje się krainą umarłych. Poznaje tam kolejne kobiety: Lilianę, Evę-Natalię stworzoną specjalnie dla niego w wyniku eksperymentu, a na koniec Renatę. Bohater spada na samo dno zaświatowej hierarchii, jest niewolnikiem, ale stopniowo oswaja się z realiami światów pod Skałą, mężnieje, staje się legionistą, zmieniając się w zupełnie innego człowieka niż był przed wejściem w watykańskie podziemia.
Dlaczego “Miasta pod Skałą” uważam za powieść wyśmienitą i wyjątkową? Powodów jest co najmniej kilka. Huberath tak skonstruował książkę, że można odczytywać ją na kilku poziomach różniących się stopniem pokomplikowania i oporu, jaki tekst stawia odbiorcy, na każdym z nich odnajdując inne przyjemności z lektury. Wskażę tylko kilka z nich. Na poziomie podstawowym powieść jest barwną, obfitującą w przygody i nagłe zwroty akcji opowieścią o przemianie wymoczkowatego naukowca w prawdziwego faceta. Można także potraktować ją jako swoistą grę, w której autor przetwarza historię praojca Adama. “Miasta pod Skałą” są także – to kolejny poziom – książką o złu wciąż obecnym w życiu ludzi, mimo iż wciąż zwalczanym, zamykanym “pod skałę”. Zło symbolizują w powieści postaci upadłych aniołów – Człokousta i Pana z Morza, jakże ludzkich w swoich słabościach.
Huberath lubi w swoich utworach poruszać zagadnienia związane z wiarą, religią, piekłem (rewelacyjne opowiadanie “Kara większa”). “Miasta pod skałą” to kolejna wizja piekła – wizja przerażająca i wywołująca strach, dlatego lepiej dawkować ją sobie w małych ilościach. Czytając “Miasta pod skałą” nie można też zapomnieć o klasie Huberatha – pisarza, który czysto literacko wspiął się na szpicę polskiej literatury popularnej (Sapkowski, Kres, Dukaj, Grzędowicz, Huberath). Książka z tych, które się czyta kręcąc z niedowierzaniem głową, a potem pyta: co ten facet ma w głowie?
Przed przystąpieniem do lektury powieści “Miasta pod skałą” warto zapoznać się z inną twórczością Marka S. Huberatha. Znakomitą okazją do tego jest zbiór jego opowiadań “Balsam długiego pożegnania”. W zbiorze tym znaleźć można rewelacyjne opowiadanie “Kara większa” (nagroda Zajdla) oraz inne, równie świetne, opowiadania: “Wrócieeś Sneogg, wiedziaam…”, “Trzy kobiety Dona”, “Ostatni, którzy wyszli z Raju”. Są tu również nowe opowiadania nie ustępujące klasie starszym (chociażby tytułowy “Balsam długiego pożegnania”, czy “Trzeba przejść groblą”), nie brakuje jednak i słabszych momentów: “K. miał zwyczaj” oraz “Akt szkicowany ołówkiem” to właściwie konspekty a nie nowe opowiadania.
Podsumowując, “Balsam długiego pożegnania” to doskonała okazja do zapoznania się z opowiadaniami Marka S. Huberatha, nadrobienia zaległości lub uzupełnienia braków, gdyż do tej pory opowiadania tego znakomitego autora były trudno dostępne.

Następna strona »

Blog na WordPress.com.