Wszystko zaczęło się tak naprawdę w Wietnamie, do którego trafił Joe Haldeman w 1967 roku. Przymusem wcielony do armii, nie był przekonany ani co do celowości wojny ani do instytucji armii w ogóle. Po powrocie do domu napisał książkę inspirowaną wojennymi wspomnieniami – z tym, że realia Wietnamu przełożył na świat fantastyki i wrzucił je w przyszłość. Tak powstała “Wieczna wojna”, najbardziej znana powieść Haldemana, za którą zgarnął nagrody Hugo i Nebula.
Przeszło dekadę później powieść na język komiksu przełożył holenderski grafik Marvano (Mark van Oppen). Komiks został podzielony na 3 albumy, mniej więcej odpowiadające rozdziałom książki: “Szeregowiec Mandella”, “Porucznik Mandella” i “Major Mandella”. Komiks ten nie jest doceniany tak jak na to zasługuje (po części dlatego, że jest to adaptacja, a nie samodzielny utwór), według mnie jednak jest jednym z najlepszych, jakie widziałem i przeczytałem. Podobnie jak poprzedni z opisywanych przeze mnie cykli komiksowych, także i “Wieczna wojna” w Polsce wydana została pierwotnie w magazynie “Komiks”. Niedawno Egmont wydał “Wieczną wojnę” ponownie, tym razem w jednym tomie – dodatkowo uzupełniając wznowienie listami, jakie wymieniali między sobą Haldeman i Marvano podczas prac nad zbiorczym wydaniem swego dzieła.
Marvano dokonał niewątpliwie wielkiej sztuki. Nie utracił nic z ostrej, antywojennej wymowy pierwowzoru. Nie zniknął rozmach i space operowa otoczka, a dzięki narzędziom właściwym dla komiksu udało mu się także uzyskać dodatkową wartość. Są w komiksie sceny i wątki, które w swej wymowie i sile oddziaływania biją na głowę książkowe wzory.
Fabuła zaczyna się w roku 2010. Trwa właśnie szkolenie grupy, która ma zająć się ochroną kosmicznych przestrzeni kontrolowanych przez Ziemię. Pięćdziesiąt kobiet i pięćdziesięciu mężczyzn. Naprzeciwko nich nieznana rasa – Bykarianie. W gronie wybrańców (starannie wyselekcjonowanych przez państwo i wcielonych siłą do armii) William Mandella i Marygay Potter. Główne osoby tragedii. Bo “Wieczna wojna”, choć kończy się happy endem, jest opowieścią tragiczną. Ukazuje wojenną głupotę i obnaża wszystkie jej czarne strony. Nagły pobór, szkolenia. Jak chociażby to, ze sposobów zabicia wroga przy użyciu saperki. Przerzucanie z bazy do bazy. Pierwsze starcia. Wyliczanka zabitych: Bovanovich, Foster, Ohana, Freeland…
Chwila oddechu. I znów to samo. I znów wkręcanie ludzi w trybiki armii. Kolejne podróże w czasoprzestrzeni. Przez czarne dziury. Coraz większe zagubienie. Poznawanie terytorium wroga. Odkrywanie nieznanych roślin i zwierząt. Hipnoza. Próba złapania jeńca. Atak. Śmierć. Kolejna wyliczanka trupów: Chin, Petron, Al-Sadat, Busia, Maxwell… Niepotrzebne ofiary decyzji, która zapadła gdzieś na wyższych szczeblach. Wreszcie powrót na starą Ziemię. Zmienioną. Powrót do świata zepsucia. Nauka na nowo – życia, śmierci. Porzucenie. Brak zrozumienia. Kolejna wyprawa do gwiazd. Do Bykarian… W sumie, dzięki zjawisku dylatacji czasu, ponad 1100 lat akcji. I gdzieś w tym wszystkim prozaiczna rzecz. Miłość dwóch osób. Williama i Marygay. Wystawiana na wielokrotne próby…
Marvano nie jest wybitnym grafikiem. Lepiej sprawdza się w rysowaniu przedmiotów martwych, urządzeń technicznych (są one na szczęście nieodzownym elementem futurystycznej, militarnej scenerii), niż przedstawianiu ludzi i zwierząt. Jednakże w “Wiecznej wojnie” to nie przeszkadza – pewna niedbałość nadaje temu komiksowi charakter, scenom dynamikę, a całości siłę przekazu i prawdziwość wojennej relacji. Dużo w tym komiksie techniki, dużo też krwi i brutalności. Nie może się bez tego obyć historia kosmicznej wojny.
To, co decyduje o wartości artystycznej albumów z serii “Wieczna wojna”, to niewątpliwie kadrowanie i kolorystyka. Marvano ma pomysł na każdą planszę. Może to być zestaw małych statycznych kadrów, relacjonujących jakieś wydarzenia, czy przemyślenia, mogą to być duże kadry ilustrujące głębię i pustkę kosmosu. Serie małych rysunków niewiele różniących się między sobą tworzą efekt filmowy, zwracając uwagę na szybkość toczących się wydarzeń, co ma niewątpliwie znaczenie na wojnie, gdzie kilka sekund decyduje o czyimś życiu i śmierci. Z kolei rozciągnięcie sceny na kilka plansz w dużych statycznych poziomych kadrach wspaniale ilustruje refleksje i przemyślenia. Ten ostatni chwyt został wykorzystany w jednej z najlepszych komiksowych scen, jakie kiedykolwiek stworzono – w scenie pożegnania Mandelli z Marygay Potter, koleżanką, ukochaną i jedyną osobą, która łączyła go z dawnym, przedwojennym światem. Otrzymuje ona inny przydział wojskowy, ich losy rozdzielają się. Na tą opowieść, opisaną w powieści na zaledwie jednej stronie, Marvano poświęcił aż pięć plansz (zakończenie części “Porucznik Mandella”). Pierwsza plansza ilustruje ostatnią noc przed pożegnaniem – ukazaną z zadziwiającą delikatnością scenę zbliżenia mężczyzny i kobiety na tle elementów przypominających o degradacji świata, w którym przyszło im żyć. Cztery następne plansze to droga Mandelli do miejsca na urwisku, z którego obserwuje odlot Marygay. Kolejne kadry, opisane rozmyślaniami Mandelli, rozjaśniane są efektem nadchodzącego świtu. Po prostu mistrzostwo świata.
Marvano, dla zachowania osobistego charakteru relacji Williama Mandelli i nie utracenia jego zjadliwych komentarzy, zdecydował się na wykorzystanie narzędzia nie lubianego zbytnio przez uznanych twórców komiksowych, przekładających wymowę rysunku nad tekst – zdecydował się na narrację pozakadrową. Istotą tej opowieści komiksowej jest nieustający komentarz głównego bohatera do rysunków prowadzących fabułę. Nadaje to osobistego charakteru opowieści i wspomnieniom Mandelli, opowiadającego po latach historię wojny i swojego w niej udziału. Dodatkowo tam gdzie tylko się dało, wykorzystane zostały dokładne cytaty z książki.
“Wieczna wojna” to znakomity przykład na to, jak razem może współistnieć i wzajemnie inspirować się literatura i komiks. To także jedna z najlepszych, najbardziej przejmujących komiksowych opowieści w historii. Nie wypada nie znać.
2011-07-12
Marvano, Haldeman – Wieczna wojna
2011-02-03
Le Tendre, Loisel – W poszukiwaniu Ptaka Czasu
Komiks w Polsce był, jest i pewnie jeszcze przez kilka(dziesiąt?) najbliższych lat będzie traktowany jako obrazkowe historyjki dla dzieci. Owszem, w odpowiedzi na takie dictum fan komiksów stwierdza, że w ostatnich czasach wiele się zmieniło i przytacza przykład “Mausa” Spiegelmana jako sztandarowy przykład komiksu zaangażowanego, poważnego i odpowiedniego nie tylko dla podejrzanych fanów komiksów, ale i zwykłych czytelników. Ja nie będę powoływał się na tzw. powieści graficzne – nie interesuje mnie tutaj Krzyk ludu, Prosto z piekła, Umowa z Bogiem, ani tym bardziej Maus. Każdy szanujący się miłośnik (pop)kultury powinien znać te pozycje i nie ma sensu ich przybliżać.
Polecał będę natomiast komiksy (cykle komiksowe), które ze względu na swoje walory (fabuła, rysunek, poruszane zagadnienia) stanowią interesujące i wartościowe pozycje nawet dla przygodnego czytelnika. Na dobry początek francuska seria fantasy “W poszukiwaniu Ptaka Czasu”.




Po raz pierwszy przeczytałem cały cykl (pewnie tak jak i wszyscy) wieki temu w magazynie “Komiks”. Ciekawie opowiedziana historia z rewelacyjnym zakończeniem – takie były moje skojarzenia, gdy niedawno zobaczyłem nowe wydanie “W poszukiwaniu Ptaka Czasu” na biurku mojego kuzyna. Przeczytałem więc raz jeszcze – ot tak, dla odświeżenia pamięci – i muszę przyznać, że po latach – historia opowiedziana przez Le Tendre’a i narysowana przez Loisela nadal się broni. I zyskuje na wartości.
W cyklu “W poszukiwaniu Ptaka Czasu” mamy do czynienia z ciekawą prawidłowością. Otóż każdy kolejny album okazuje się lepszy, doskonalszy, sprawniej napisany i narysowany niż poprzedni. Powiedzmy to sobie szczerze – jeśli ktokolwiek po przeczytaniu “Muszli Ramora” (tom pierwszy) uznałby ten komiks za dobry lub przynajmniej oryginalny – wyśmiałbym go. Jedyne, co może przemawiać na jego korzyść to toporne i rozwichrzone, a przez to ciekawe rysunki Loisela. I to wszystko. Ograna historyjka z ratowaniem świata, nędzne żarciki bohaterów, zaskakująco prymitywna narracja. To nie rokowało żadnych nadziei.
Podobnie pozostawiała niedosyt “Świątynia zapomnienia” (tom drugi), ale już “Łowca” (tom trzeci) okazał się wspaniałym dziełem, dopieszczonym, przemyślanym i mistrzowsko narysowanym. “Jajo mroku” (tom czwarty i ostatni) przynosi wyśmienite zakończenie serii: zaskakujące, wstrząsające, podnoszące wartość poprzednich części. To podręcznikowy przykład na to, jak można domknąć opowieść w sposób nie pozostawiający cienia wątpliwości, co do faktu, że obcuje się z czymś niezwykłym.
Nie będę w tym miejscu streszczał fabuły “W poszukiwaniu Ptaka Czasu”, bo nie ma to najmniejszego sensu. Nie ma potrzeby spoilerowania. O sile serii decyduje nie tylko zakończenie, ale również pojedyncze, zapadające w pamięć na długo sceny – na przykład Burloga siedzącego w opustoszałej samotni księcia-czarownika, albo finałowego pojedynku Łowcy z Bragonem, albo księcia Marchii Tysiąca Drzew przybywającego do swego spustoszonego kraju. Długo można by wymieniać.
Osobną kategorią jest rysunek. W pierwszych dwóch albumach był toporny i rozwichrzony, celowo niedopracowany. Wraz z rozwojem serii, rysunek zmienia się w coraz bardziej dokładny i dopracowany. Staje sie coraz bardziej bogaty w szczegóły. Postacie, nawet piękne kobiety mają wady, jakby niedoskonałość była najważniejsza. Przez to świat fantasy, bajkowo bogaty staje się gorzko realistyczny, przekonywujący. W ostatnim albumie Loisel osiąga mistrzostwo, dopasowując rysunki do przekształcającej się opowieści, do klimatu, charakteru. Zmienia się kreska, raz cieńsza, bardziej precyzyjna, potem grubsza, niestaranna. Od dynamicznych scen, pełnych ruchu, szybkich, aż po statyczność kadru, zastygłą chwilę. Ujęcia, zbliżenia, szczegóły, rozplanowanie kadru, wszystko jest podporządkowane opowieści. Warto zwrócić uwagę jak początek albumu pełen jest doprecyzowanych elementów tła i jak przy końcu Loisel zamazuje drugi plan, jak wraz z przechodzeniem historii na poziom refleksji rozmywa się rysunek. Ostatnie plansze są tak samo jak opowieść coraz bardziej zadumane.
Nostalgia, to ostatnie słowo padające w zakończeniu, a zarazem klucz do odbioru całego cyklu “W poszukiwaniu Ptaka Czasu”. Kogo – mimo całej przewrotności, przegadania i celowej brzydoty rysunku – komiks zauroczy, ten nieprędko o nim zapomni. Bo nostalgia to zaraźliwa choroba.
PS: Końcowy napis ostatniego albumu brzmi: “Koniec pierwszej epoki”. Dziś już wiadomo, że powstaje ciąg dalszy. Le Tendre i Loisel, wzorem Lucasa i Gwiezdnych wojen, powrócili do źródeł, do młodości Bragona i Mary. Póki co kontynuacja jest znacznie słabsza od pierwowzoru.