Czerwone Wierchy to w zasadzie początek mojej przygody z Tatrami Zachodnimi (jeśli nie liczyć nieudanego epizodu z wejściem na Błyszcz i Bystrą w śnieżycy – w sierpniu, żeby było śmieszniej). Żeby było łatwiej postanowiłem wjechać sobie na Kasprowy Wierch kolejką (ta przyjemność kosztowała mnie 30PLN i około 40 minut oczekiwania w kolejce do kolejki). Kolejny kwadrans i oto znalazłem się na Kasprowym Wierchu (1987m npm), gdzie mimo wczesnej pory było już sporo ludzi. Korzystając z niezłej pogody (słonecznie, prawie bezchmurnie, ale za to bardzo wietrznie), większość z nich czerwonym szlakiem udawała się w stronę Świnicy i pewnie dalej na Orlą Perć. Ja, również czerwonym szlakiem, ale dokładnie w przeciwnym kierunku udałem się w stronę Czerwonych Wierchów.

Początkowo szlak wiedzie granią, w dół, by z czasem znowu zacząć się wznosić do góry. Podobnie jak jest to w przypadku Orlej Perci, szlak nie wiedzie samą granią, ale co chwilą ją opuszcza (czasami znacznie) wznosząc się i opadając, głównie po stronie południowej. Należy uważać w przypadku gorszej pogody i słabej widoczności – gdyż znakomita większość wypadków w okolicach Czerwonych Wierchów ma swoją przyczynę w pobłądzeniu i przejści na północną stronę, która opada w dół stromymi, skalistymi zboczami.
Dzięki takiemu poprowadzeniu szlaku czeka nas przyjemna, bezstresowa wędrówka mijając (przeważnie poniżej) Goryczkową Przełęcz nad Zakosy (1816m npm), Pośredni Wierch Goryczkowy (1874m npm) Goryczkową Przełęcz Świńską (1801m npm), Goryczkową Czubę (1913m npm), Suche Czuby (1799m npm), Suchy Wierch Kondracki (1890m npm), by wreszcie dostać się na Przełęcz pod Kondracką Kopą (1863m npm). Czas przejścia różny w zależności od warunków na szlaku (ilość ludzi) i naszego tempa – osobiście do w/w miejsca doszedłem w około godzinę, zaś kolejne naście minut zajęło mi wejście na Kondracką Kopę (2005m npm) – według wielu najłatwiej dostępny 2000-tysięcznik w Polsce (a zarazem pierwszy z Czerwonych Wierchów). Długo na nim nie zabawiłem, gdyż potężnie wiało, poniżej zaś dojrzałem kozicę i dopiero w tym miejscu (po jej uprzednim przepłoszeniu) postanowiłem zrobić sobie przerwę.


W czasie wędrówki, przy dobrej pogodzie, czekają nas wspaniałe widoki na Tatry Zachodnie – głównie te po stronie słowackiej, warto więc dobrze się rozglądać.
Około 30 minut wędrówki od Kondrackiej Kopy znajduje się kolejny z Czerwonych Wierchów – Małołączniak (2096m npm) – tu również (przez wzgląd na wiatr) nie bawię długo i szybko udaję się na Litworową Przełęcz (2037). To jedyne miejsce w czasie wędrówki, gdzie należy zachować szczególną ostrożność – szlak wiedzie kilka metrów od potężnej skalistej przepaści znajdującej się po prawej ręce (północnej stronie grani).


Od tego miejsca w 20 minut dochodzi się do najwyższego punktu na trasie – Krzesanicy (2122m npm) – od tego miejsca będzie już tylko w dół. Następny przystanek (po 30 minutach marszu) to Ciemniak (2096m npm) – ostatni z Czerwonych Wierchów. W tym miejscu warto sobie urządzić dłuższy postój, bo czeka na 2 i pół godzinne zejście zboczami Ciemniaka i dalej Twardym Grzbietem do Doliny Kościeliskiej. Zejście jest nużące jak cholera (nie wyobrażam sobie podejścia) wiedzie początkowo wśród traw, która stopniowo przechodzi w kosodrzewinę i las świerkowy – im niżej tym więcej muszek i innych owadów uprzykrzających zejście.


Przy końcu tego męczącego zejścia (które w moim przypadku całkowicie zatarło przyjemności z malowniczej wędrówki granią) przechodzimy przez Miętusi Potok i skręcamy w lewo na czarny szlak (warto się tutaj zatrzymać przy stoliku i ławeczce). Po kilku minutach dochodzi się do szlaku zielonego, który jest właściwie alejką spacerową po Dolinie Kościeliskiej. Skręcamy w prawo i w gąszczu ludzi oraz tumanach kurzu (jeżdżące furmanki) w przeciągu 20 minut dochodzi się do miejscowości Kiry, skąd w banalny sposób (bus) można dostać się do Zakopanego.












“Wołanie w górach” Michała Jagiełły to monumentalne dzieło opisujące najciekawsze i najtrudniejsze akcje ratunkowe, jakie przeprowadzono w polskich Tatrach od początku istnienia TOPR aż do roku 2005. W obecnej edycji znajduje się także esej przybliżający historyczne początki ratownictwa w Tatrach oraz opisujący najstarsze udokumentowane wypadki w Tatrach (m. in. Klimka Bachledy i Mieczysława Karłowicza). Właśnie ten pierwszy rozdział wywołuje w czytelniku niepojętą chęć przeczytania książki w całości, co jest tym dziwniejsze, że autor już we wstępie deklaruje iż opis wypadków będzie powściągliwy, bezosobowy, niemal kronikarski. W związku z tym przez większość książki przewijają się setki, niezwykle podobnych do siebie, zlewających się w rozmazaną całość, faktów. Na szczęście autor nie dotrzymuje słowa. Michał Jagiełło to taternik, który z ratownictwem górski związny był od 1961 roku, w latach 1972-1974 był nawet naczelnikiem TOPR. Miał więc wyjątkową możliwość zapoznania się z historią ratownictwa, zgłębić teorię, a jednocześnie praktycznie zweryfikować ją na wielu wyprawach. W związku z tym do niektórych opisów akcji ratunkowych wkrada się osobisty komentarz, próby wejrzenia w psychikę ofiar wypadków, jak również ratowników, próby dojścia przyczyn wypadków i tragedii z nimi związanymi. I właśnie te fragmenty, a nie sucha kronika, są najciekawszymi fragmentami książki. Sprawiają, że warto przedzierać się przez te kilkanaście, czasami kilkadziesiąt stron aby natrafić na taki rodzynek. Nie jest to jakaś niezdrowa fascynacja ludzką tragedią, raczej chęć poznania i zrozumienia zagrożeń w górach. Autor opisując wypadki i akcje ratunkowe unika krwawych opisów i taniej sensacji. Wypadki tatrzańskie według Jagiełły to nie wypadki górskie z wiadomości telewizyjnych (krew, łzy i bezsensowny komentarz), tylko ludzki dramat i bezustanna walka o człowieka. Lektura ta na pewno nikogo nie zniechęci do wędrówki po Tatrach, ale z pewnością uczyni je bezpieczniejszymi. Z książki promieniuje głęboki i szczery szacunek dla gór i ludzi gór, którzy się z nimi mierzą, a są to wartości, które w zatłoczonym Zakopanem trudno czasami odnaleźć. Z książki Michała Jagiełły wyciągnąłem wiele ważnych wniosków, dotyczących bezpieczeństwa w górach i przyczyn wypadków. Według mnie jest to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika odpoczynku w górach.









































