staruszek 2.0

2009-09-21

Czerwone Wierchy: Kuźnice – Kasprowy Wierch – Goryczkowa Czuba – Kondracka Kopa – Małołączniak – Krzesanica – Ciemniak – Kościeliska Dolina – Kiry

Czerwone Wierchy to w zasadzie początek mojej przygody z Tatrami Zachodnimi (jeśli nie liczyć nieudanego epizodu z wejściem na Błyszcz i Bystrą w śnieżycy – w sierpniu, żeby było śmieszniej). Żeby było łatwiej postanowiłem wjechać sobie na Kasprowy Wierch kolejką (ta przyjemność kosztowała mnie 30PLN i około 40 minut oczekiwania w kolejce do kolejki). Kolejny kwadrans i oto znalazłem się na Kasprowym Wierchu (1987m npm), gdzie mimo wczesnej pory było już sporo ludzi. Korzystając z niezłej pogody (słonecznie, prawie bezchmurnie, ale za to bardzo wietrznie), większość z nich czerwonym szlakiem udawała się w stronę Świnicy i pewnie dalej na Orlą Perć. Ja, również czerwonym szlakiem, ale dokładnie w przeciwnym kierunku udałem się w stronę Czerwonych Wierchów.


Początkowo szlak wiedzie granią, w dół, by z czasem znowu zacząć się wznosić do góry. Podobnie jak jest to w przypadku Orlej Perci, szlak nie wiedzie samą granią, ale co chwilą ją opuszcza (czasami znacznie) wznosząc się i opadając, głównie po stronie południowej. Należy uważać w przypadku gorszej pogody i słabej widoczności – gdyż znakomita większość wypadków w okolicach Czerwonych Wierchów ma swoją przyczynę w pobłądzeniu i przejści na północną stronę, która opada w dół stromymi, skalistymi zboczami.
Dzięki takiemu poprowadzeniu szlaku czeka nas przyjemna, bezstresowa wędrówka mijając (przeważnie poniżej) Goryczkową Przełęcz nad Zakosy (1816m npm), Pośredni Wierch Goryczkowy (1874m npm) Goryczkową Przełęcz Świńską (1801m npm), Goryczkową Czubę (1913m npm), Suche Czuby (1799m npm), Suchy Wierch Kondracki (1890m npm), by wreszcie dostać się na Przełęcz pod Kondracką Kopą (1863m npm). Czas przejścia różny w zależności od warunków na szlaku (ilość ludzi) i naszego tempa – osobiście do w/w miejsca doszedłem w około godzinę, zaś kolejne naście minut zajęło mi wejście na Kondracką Kopę (2005m npm) – według wielu najłatwiej dostępny 2000-tysięcznik w Polsce (a zarazem pierwszy z Czerwonych Wierchów). Długo na nim nie zabawiłem, gdyż potężnie wiało, poniżej zaś dojrzałem kozicę i dopiero w tym miejscu (po jej uprzednim przepłoszeniu) postanowiłem zrobić sobie przerwę.


W czasie wędrówki, przy dobrej pogodzie, czekają nas wspaniałe widoki na Tatry Zachodnie – głównie te po stronie słowackiej, warto więc dobrze się rozglądać.
Około 30 minut wędrówki od Kondrackiej Kopy znajduje się kolejny z Czerwonych Wierchów – Małołączniak (2096m npm) – tu również (przez wzgląd na wiatr) nie bawię długo i szybko udaję się na Litworową Przełęcz (2037). To jedyne miejsce w czasie wędrówki, gdzie należy zachować szczególną ostrożność – szlak wiedzie kilka metrów od potężnej skalistej przepaści znajdującej się po prawej ręce (północnej stronie grani).


Od tego miejsca w 20 minut dochodzi się do najwyższego punktu na trasie – Krzesanicy (2122m npm) – od tego miejsca będzie już tylko w dół. Następny przystanek (po 30 minutach marszu) to Ciemniak (2096m npm) – ostatni z Czerwonych Wierchów. W tym miejscu warto sobie urządzić dłuższy postój, bo czeka na 2 i pół godzinne zejście zboczami Ciemniaka i dalej Twardym Grzbietem do Doliny Kościeliskiej. Zejście jest nużące jak cholera (nie wyobrażam sobie podejścia) wiedzie początkowo wśród traw, która stopniowo przechodzi w kosodrzewinę i las świerkowy – im niżej tym więcej muszek i innych owadów uprzykrzających zejście.


Przy końcu tego męczącego zejścia (które w moim przypadku całkowicie zatarło przyjemności z malowniczej wędrówki granią) przechodzimy przez Miętusi Potok i skręcamy w lewo na czarny szlak (warto się tutaj zatrzymać przy stoliku i ławeczce). Po kilku minutach dochodzi się do szlaku zielonego, który jest właściwie alejką spacerową po Dolinie Kościeliskiej. Skręcamy w prawo i w gąszczu ludzi oraz tumanach kurzu (jeżdżące furmanki) w przeciągu 20 minut dochodzi się do miejscowości Kiry, skąd w banalny sposób (bus) można dostać się do Zakopanego.

2009-09-18

Kościelec: Toporowa Cyrhla – Psia Trawka – Murowaniec – Karb – Kościelec – Murowaniec – Kuźnice

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 09:51:43
Tags: , , , , , , ,

Sylwetka Kościelca (2155m npm) od strony Murowańca robi wrażenie – patrząc, człowiek zastanawia się jak można wejść na ten niedostępny wierzchołek. Wśród niektórych moich znajomych panuje zresztą (niesłusznie) opinia, że Kościelec jest niebezpieczny i wolą wybrać się na Orlą Perć. Niestety od strony Kasprowego ta sylwetka wygląda już znacznie łagodniej i bardzo rozczarowuje. Według mnie na Kościelcu nie ma praktycznie żadnych trudności, a jeśli musiałbym już go porównywać z inną górą, to byłby to Krywań lub Mała Wysoka po słowackiej stronie.


Dla mnie Kościelec był wyjątkowy, gdyż udało mi się wejśc na niego dopiero za 4 podejściem (za pierwszym razem przegłosowali mnie znajomi, za drugim, w zimie, było za ciepło i przez to zbyt lawiniasto, za trzecim – pogoda była niepewna i burzowa). Nic dziwnego, że wybierając się w Tatry z zamiarem (po raz czwarty) wejścia na Kościelec, wybrałem wrzesień, gdy o dobrą pogodę najłatwiej. Wycieczkę na Kościelec najlepiej rozpocząć z Murowańca, niestety ponieważ w schronisku tym permanentnie brakuje miejsc (a kierownictwo wbrew swoim deklaracjom) nie robi nic, aby zmienić ten stan rzeczy, do Murowańca trzeba dojść.
Tym razem za punkt wyjścia wybrałem Toporową Cyrhlę (tanie kwatery), skąd bladym świtem (6 rano) czerwonym szlakiem udałem się na Psią Trawkę – polana na drodze, którą dowożone jest zaopatrzenie do Murowańca. Dojście w to miejsce zajmuje około godziny, stąd zaś czarnym szlakiem do schroniska jest kolejna godziny. Z Murowańca w około 30 minut dochodzę do Czarnego Stawu (Gąsienicowego oczywiście), gdzie robię sobie pierwszy postój. Z tego miejsca czarnym szlakiem udaję się w prawo na grzbiet Małego Kościelca i dalej do przełęczy Karb (1853m npm). Zajmuje mi to około 40 minut – w tym miejscu znajduje się tablica ostrzegająca przed niebezpieczeństwami dalszej wędrówki (spadające kamienie, urwiska, etc.), ale wierzcie mi, nie ma się czego obawiać. Szlak (nadal czarny) wiedzie zakosami (jak to się ładnie mówi, trawersuje) aż na szczyt Kościelca – wejście na wierzchołek zajmuje około 40 minut.

Na górze czekają nas wspaniałe widoki na Orlą Perć, Świnicę, Kozi Wierch, Kasprowy Wierch oraz okoliczne doliny, a także oczywiście na Czarny Staw, który stąd wygląda na malutki i niepozorny. Jeżeli wyruszyliśmy szybko, uda nam się unikną tłoku, gdyż Kościelec jest często odwiedzany o czym dobitnie mogłem się przekonać przy schodzeniu. Zejście wiedzie oczywiście tym samym szlakiem, co wejście – przynajmniej do Przełęczy Karb. Tutaj wybrałem drogę inną niż poprzednio – skręciłem mianowicie w lewo, skąd niebieskim szlakiem udałem się w dolinę, gdzie po drodze miałem możność ominąć Zadni Staw Gąsienicowy oraz Czerwone Stawki, by wreszcie dojść do kolejki krzesełkowej na Kasprowy Wierch – czas zejścia około godzina. Stąd jeszcze pół godzinny spacer do Murowańca na piwo. A ze schroniska godzina z niewielkim hakiem do Kuźnic.

Podsumowując, Kościelec, ze względu na swoją bliskość i łatwe podejście, trzeba uznać za doskonałą trasę rozruchową, ewentualnie trening przed dalszymi i trudniejszymi wycieczkami.

2009-07-15

Orla Perć: Żleb Kulczyńskiego – Przełęcz Krzyżne

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 15:23:46
Tags: , , , , ,

Moją ostatnią przygodę z Orlą Percią zakończyłem na żlebie Kulczyńskiego i – pomimo, iż odcinek ten przechodziłem jeszcze nie raz, nie było jakoś okazji do przejścia pozostałej części Orlej Perci. Nie było aż do teraz. Z mocnym postanowieniem przejścia Granatów i dalej, aż do Krzyżnego postanowiłem udać się w Tatry początkiem lipca mimo niepewnej pogody i nie najlepszych warunków panujących na szlaku. Udało się, ale było niezbyt wesoło.
Z Murowańca wraz z koleżanką (przeszła wcześniej Orlą 2 razy) wyruszyliśmy około 7:30. Na szlaku do Czarnego i dalej, do Zmarzłego Stawu nie spotkaliśmy nikogo. Niebo niebieskie, ale dużo chmur. Powyżej Zmarzłego Stawu pojawił się pierwszy śnieg – twardy, zbity i śliski. Od Zmarzłego Stawu idzie się najpierw żółtym szlakiem, następnie zielonym, aż dochodzi się do szlaku czarnego, który wiedzie słynnym Żlebem Kulczyńskiego na Przełęcz nad Buczynową Dolinką (2225m npm). Zdecydowanie lepiej mi się tędy schodziło niż teraz wchodziło. Było dużo śniegu, a część łańcuchów przysypana była śniegiem – czekan zdecydowanie dodawał nam otuchy. Niestety im wyżej wchodziliśmy, tym więcej chmur przybywało – co gorsza były to chmury coraz ciemniejsze.


Przejście Granatów nie jest trudne, bo idzie się tu mało eksponowanymi skałami. Jedyną trudność może sprawić nam postawienie dużego kroku nad szpiczastą skałą, która znajduje się po drugiej stronie nad 15-metrową przepaścią, w odległości 1,5 metra od nas. Nad tą szczeliną skalną wisi tylko jeden łańcuch. Większość turystów z niego nie korzysta, ponieważ jest za nisko zawieszony, a po przejściu na drugą stronę trzymamy się jedynie haka przytrzymującego ten łańcuch. Łańcuch ten służy jako ostateczność w przypadku ewentualnego upadku do tej szczeliny między skałami. Szczerze powiedziawszy – należy po prostu zejść trochę niżej i omijamy to miejsce z palcem w nosie.
Tuż przed szczeliną doskonale prezentuje się sławny Żleb Drege’a, szeroki i zachęcający swą łagodnością do bezpośredniego zejścia nad Czarny Staw Gąsienicowy. Nic bardziej błędnego. Po odcinku łatwym, teren zaczyna się spiętrzać, trudności rosną, a w końcu dzieli nas od stawu 100 metrowej wysokości wąziutka niemal pionowa rynna, której w żaden sposób nie da się przebyć bez ubezpieczeń i umiejętności zjeżdżania na linie. Niestety to miejsce widziało już wiele dramatycznych wypadków zakończonych tragicznie. W przypadku mgły należy zachować daleko posuniętą ostrożność, gdyż szlak nie jest zbyt dobrze oznakowany.
Po dojściu na Skajny Granat należy bezwzględnie urządzić dłuższy postój – coś zjeść i napić się. Mamy ostatni moment na zejście z Orlej Perci – żółtym szlakiem w ciągu około półtorej godziny można dojść w okolice Czarnego Stawu. Ci, którzy chcą dojść do Krzyżnego, czeka jeszcze około 2-godzinna walka z łańcuchami, kruchymi skałami, ciagłymi zejściami i podejściami.


Ze szczytu za pomocą systemu łańcuchów schodzimy do Granackiej Przełęczy (2177m npm). Samo zejście odbywa się po sześciennych, gładkich i zrębowych skałach, na których często nie ma gdzie postawić stopy. To zejście jest szczególnie męczące dla rąk. Schodząc dalej, w jej żlebie jest umieszczonych mnóstwo łańcuchów, ponieważ jest tu tak ślisko, że wielu idących tędy turystów ma problem z utrzymaniem się stabilnie na nogach. Trudność potęguje tu dodatkowo wystająca na całej długości, wzdłuż, w środku ścieżki, ostra, wąska ale bardzo długa skała, a buty trekingowe są tu za szerokie dla tego miejsca, przez co trudno utrzymać równowagę. Najgorsze jest to, że ścieżka zakończona jest 90-cio stopniowym zakrętem, za którą znajduje się przepaść.
Ciągle gonieni chmurami pokonujemy kolejne trudności w ekspresowym tempie. Wbrew powszechnej opini Orla Perć przez większą swoją część (a szczególnie od Granatów do Krzyżnego) nie wiedzie granią, a kluczy nią – co chwila wznosząc się i opadając, i biegnąc nieco poniżej grani. W ten sposób omija się Orlą Basztę, Wielką Buczynową Turnię, Małą Buczynową Turnię i inne tego typu wynalazki. Ten sposób poprowadzenia szlaku (ciągłe podchodzenie i schodzenie) to gotowy przepis na zabłądzenie (szlak nie jest zbyt dobrze oznakowany) i szybką utratę sił.


My ten odcinek pokonaliśmy z dusza na ramieniu – gonieni coraz ciemniejszymi chmurami i dobiegającymi z oddali grzmotami. Przejście tego odcinka przy dobrej pogodzie dostarcza z pewnością wielu atrakcji. Przy nieco gorszej pogodzie i śliskich skałach staje się prawdziwą walką o przetrwanie – niestety koleżanka nieco przeliczyła się z siłami i oceną sytacji – usiadła przed podejściem na Buczynowe Czuby i stwierdziła, że dalej nie ma sił iść. Na szczęście po dłuższym odpoczynku i telefonie do TOPR-u ruszyła powoli dalej.
Ruszyła w ostatnim momencie. Tuż po wejściu na Buczynowe Czuby zaczęły padać pierwsze krople deszczu. Na szczęście najtrudniejszy technicznie odcinek mieliśmy już za sobą, schodzimy do Buczynowej Przełęczy za pomocą ostatniego systemu łańcuchów, a dalsza droga na Przełęcz Krzyżne (2112m npm) jest już bardzo łatwa i prowadzi granią równym chodnikiem z kamieni. W tym miejscu pogoda załamała się zupełnie – rozpoczęła się ulewa połączona z grzmotami. W ciągu ułamka sekundy zupełnie nas przemoczyło (mimo kurtek i płaszczy przeciwdeszczowych). Dobiegamy do Krzyżnego i od razu zaczynamy w potokach wody zejście żóltym szlakiem do Doliny Pańszczycy i dalej mijając (już przy czystym, słonecznym niebie) Czerwony Staw do Murowańca. Cały czas idzie się żółtym szlakiem – zejście zaś zajmuje około 2 godzin.


Orla Perć to trudny szlak. Warto go więc przejść przy dobrej pogodzie (po raz kolejny upewniłem się, że w Tatry najlepiej wybierać się pod koniec sierpnia, początkiem września), kiedy skała jest sucha i chmury nie zasłaniają widoków. Przy pogodzie nieco gorszej, nawet dla wprawnych turystów, szlak ten robi się prawdziwie niebezpieczny. Tym niemniej w moim chorym umyśle pojawił się plan przejścia zamkniętego w 1932 roku odcinka Krzyżne – Wołoszyn – Wodogrzmoty Mickiewicza – Polana pod Wołoszynem.
Stay tuned :)

2009-06-08

Michał Jagiełło – Wołanie w górach

Zaszufladkowany do: Tatry, ostatnio przeczytane — staruszek @ 10:56:37
Tags: , , ,

“Wołanie w górach” Michała Jagiełły to monumentalne dzieło opisujące najciekawsze i najtrudniejsze akcje ratunkowe, jakie przeprowadzono w polskich Tatrach od początku istnienia TOPR aż do roku 2005. W obecnej edycji znajduje się także esej przybliżający historyczne początki ratownictwa w Tatrach oraz opisujący najstarsze udokumentowane wypadki w Tatrach (m. in. Klimka Bachledy i Mieczysława Karłowicza). Właśnie ten pierwszy rozdział wywołuje w czytelniku niepojętą chęć przeczytania książki w całości, co jest tym dziwniejsze, że autor już we wstępie deklaruje iż opis wypadków będzie powściągliwy, bezosobowy, niemal kronikarski. W związku z tym przez większość książki przewijają się setki, niezwykle podobnych do siebie, zlewających się w rozmazaną całość, faktów. Na szczęście autor nie dotrzymuje słowa. Michał Jagiełło to taternik, który z ratownictwem górski związny był od 1961 roku, w latach 1972-1974 był nawet naczelnikiem TOPR. Miał więc wyjątkową możliwość zapoznania się z historią ratownictwa, zgłębić teorię, a jednocześnie praktycznie zweryfikować ją na wielu wyprawach. W związku z tym do niektórych opisów akcji ratunkowych wkrada się osobisty komentarz, próby wejrzenia w psychikę ofiar wypadków, jak również ratowników, próby dojścia przyczyn wypadków i tragedii z nimi związanymi. I właśnie te fragmenty, a nie sucha kronika, są najciekawszymi fragmentami książki. Sprawiają, że warto przedzierać się przez te kilkanaście, czasami kilkadziesiąt stron aby natrafić na taki rodzynek. Nie jest to jakaś niezdrowa fascynacja ludzką tragedią, raczej chęć poznania i zrozumienia zagrożeń w górach. Autor opisując wypadki i akcje ratunkowe unika krwawych opisów i taniej sensacji. Wypadki tatrzańskie według Jagiełły to nie wypadki górskie z wiadomości telewizyjnych (krew, łzy i bezsensowny komentarz), tylko ludzki dramat i bezustanna walka o człowieka. Lektura ta na pewno nikogo nie zniechęci do wędrówki po Tatrach, ale z pewnością uczyni je bezpieczniejszymi. Z książki promieniuje głęboki i szczery szacunek dla gór i ludzi gór, którzy się z nimi mierzą, a są to wartości, które w zatłoczonym Zakopanem trudno czasami odnaleźć. Z książki Michała Jagiełły wyciągnąłem wiele ważnych wniosków, dotyczących bezpieczeństwa w górach i przyczyn wypadków. Według mnie jest to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika odpoczynku w górach.

2009-06-02

Giewont: Kuźnice – Schronisko na Kondratowej Hali – Kondracka Przełęcz – Giewont – Strążyska Dolina – Zakopane

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 14:11:20
Tags: , , , ,

Giewont (1894m npm) to góra-symbol, której zarys często kojarzony jest z sylwetką śpiącego rycerza. W 1880 roku Walery Eljasz-Radzikowski pisał o Giewoncie: “Z każdej prawie chaty Giewonta widać, toteż słusznie mu się należy tytuł króla zakopiańskiego”. Bez wątpienia Giewont jest w chwili obecnej najczęściej odwiedzanym szczytem w Tatrach. Przez wielu jednak turystów omijany szerokim łukiem niczym niezdobyta grań Krupówek. W chwili, gdy piszę te słowa zdarzyło mi się być na nim tylko raz.
Swoje wejście na Giewonta rozpocząłem w Kuźnicach, niebieski szlak wiedzie początkowo wygodną drogą Brata Alberta do klasztoru SS Albertynek. Miejsce dobre na pierwszy postój połączony przy okazji ze zwiedzeniem samotni Brata Alberta. Następnie, nadal wygodną drogą, dociera się do polany Kalatówki, gdzie stoi Hotel Górski na Kalatówkach. Czas dojścia z Kuźnic do hotelu to około 30 minut.


Z Kalatówek idzie się nadal niebieskim szlakiem (droga przechodzi w ścieżkę) do Schroniska na Kondratowej Hali (1333m npm) – czas dojścia z hotelu do schroniska to kolejne 30 minut. Przy schronisku, w słoneczny dzień, jest tłoczno i głośno – miejsce to należy omijać szerokim łukiem.
Ze schroniska przez kolejną godzinę wspinam się żmudnie niebieskim szlakiem na Kondracką Przełęcz (1725m npm). Przede mną i za mną mnóstwo ludzi – z naprzeciwka schodzi mnóstwo kolejnych. To zwiastuje kolejki przy wejściu na wierzchołek – sam wierzchołek też będzie bankowo zatłoczony.


Z Kondrackiej Przełęczy w ciągu 15 minut dochodzi się do Wyżniej Kondrackiej Przełęczy – stąd od Giewontu dzieli nas 15 minut drogi (jednokierunkowym szlakiem), oczywiście przy dobrych układach. Jeżeli ma się pecha, jak ja, to stoi się godzinę w kolejce. Samo wejście na szczyt uważam za wyjątkowo niebezpieczne – wyślizgane kamienie, łańcuchy i mnóstwo niewprawnych turystów to gotowy przepis na wypadek. Na samym szczycie jest tłoczno, wszyscy chcą zrobić sobie zdjęcie przy krzyżu, ale jeżeli znajdzie się miejsce warto posiedzieć na wierzchołku. Widać stąd doskonale Czerwone Wierchy i Kasprowy Wierch oraz oczywiście panoramę Zakopanego.


Zejście wiedzie niebieskim szlakiem (jednokierunkowym) do Wyżniej Kondraciej Przełęczy. W tym miejscu postanowiłem skręcić w prawo i czerwonym szlakiem udałem się do Przełęczy w Grzybowcu – dobra godzina drogi, a następnie, nadal czerwonym szlakiem, do Strążyskiej Polany, skąd doskonale widać północne ściany Giewontu. W tym miejscu trzeba przestrzec przed próbami wchodzenia/schodzenia na Giewont od tej strony. Północne ściany są niezwykle strome i kruche – nic dziwnego, że zginęło już tu wielu turystów.


Z Doliny Strążyskiej do Zakopanego wiedzie wygodna droga (czerwony szlak), po drodze mijamy skocznię Wielką Krokiew.
Wycieczka ta nauczyła mnie, że na Giewont koniecznie należy wybierać się wczesnym świtem, a pisząc te słowa mam na myśli naprawdę wczesny świt. Wtedy ma się szansę na uniknięcie tłumu ludzi i kolejek i wtedy też wycieczka na Giewont ma sens. W innym przypadku należy sobie ją spokojnie odpuścić i udać się chociażby na nieodległą, ale znacznie mniej uczęszczaną, Kondracką Kopę.

2008-10-24

Szpiglasowy Wierch: Polana Palenica – Schronisko przy Morskim Oku – Szpiglasowa Przełęcz – Szpiglasowy Wierch – Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich – Polana Palenica

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 10:07:29
Tags: , , , , , ,

Wycieczkę na Szpiglasowy Wierch (2172m npm) potraktowałem jako rozgrzewkę przed przejściem (po raz drugi) Orlej Perci na odcinku Zawrat – Kozia Przełęcz. Nawet nie przypuszczałem, że ta rozgrzewka przyprawi mnie o najgorszą kontuzję, jakiej doznałem (jak dotąd) chodząc po górach.
Zaczęło się niewinnie – busem zajechaliśmy na parking w Polanie Palenica. Stąd oczywiście zamierzaliśmy wyjechać wozem do Morskiego Oka. Niestety w momencie, gdy dochodziliśmy do postoju wozów, ten właśnie odjechał, a na następny trzeba byłoby czekać pewnie z godzinę. Udaliśmy się więc morderczym asfaltem do Schroniska przy Morskim Oku. Doszliśmy tam w godzinę i rzeczywiście po drodze nie minął nas żaden wóz. Tylko, że dochodząc do schroniska czułem obtarcia na obu piętach. Ponieważ stare buty mi się rozpadły wziąłem buty, w których chodzę po górach w zimie (i nie były to skorupy). W zimie nigdy nic mi się w nich nie działo – teraz urządziły mnie już po asfalcie.
W Moku, jak gdyby nigdy nic, zakupiłem wodę i postanowiłem kontynuować wycieczkę. Żółtym szlakiem, zwanym “Ceprostradą” poszliśmy na Szpiglasową Przełęcz (2110m npm). Wejście na przełęcz, wraz z postojem na podziwianie widoków, zajęło nam około półtorej godziny. Tutaj zrobiliśmy sobie chwilę przerwy na posiłek i wyskoczyliśmy na odległy o 15 minut wspinaczki Szpiglasowy Wierch. Szczyt jest doskonałym punktem widokowym, zwłaszcza na południowe zbocza Orlej Perci oraz masy Hrubego Wierchu i Krywania. Siedzimy więc i podziwiamy przez prawie pół godziny.

Widok ze Szpiglasowego Wierchu - Kozi Wierch

Widok ze Szpiglasowego Wierchu - Świnica

Widok ze Szpiglasowego Wierchu - Kozi Wierch

Widok ze Szpiglasowego Wierchu - Kozi Wierch

Widok ze Szpiglasowego Wierchu - Orla Perć

Widok ze Szpiglasowego Wierchu - Orla Perć

Po zejściu na Szpiglasową Przełęcz przechodzimy do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Żółty szlak prowadzi przez Czerwony Piarg i Szpiglasowe Perci. Na początku są łańcuchy ale brak tu ekspozycji, czy trudności technicznych – przydają się, gdy jest mokro. Po godzinie zejścia znajdujemy się na wysokości około 1700 metrów i dochodzimy do niebieskiego szlaku, skręcamy w prawo i udajemy się nim do Schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. W Piątce jesteśmy po pół godzinie marszu – tempo spada, buty obcierają coraz bardziej. Robimy sobie przerwę, jemy szarlotkę na ciepło (rewelacja – polecam) i pijemy gorącą herbatę. Wstępują we mnie nowe siły.

Zejście ze Szpiglasowej Przełęczy

Zejście ze Szpiglasowej Przełęczy

Wstajemy więc i schodzimy dalej – tym razem czarnym szlakiem. Po 30 minutach dochodzimy do zielonego i nim schodzimy Doliną Roztoki aż do Wodogrzmotów Mickiewicza – godzina marszu. Tutaj czeka na nas ponownie morderczy asfalt. Kolejne 30 minut i jesteśmy na parkingu na Polanie Palenica. Coś co powinno być przyjemną wycieczką – w sam raz, aby zaaklimatyzować się po przyjeździe w góry, dla mnie okazało się drogą przez mękę. Buty załatwiły mnie dokumentnie. Na drugi dzień udałem się w adidasach na Orlą Perć (od Zawratu do Koziej Przełęczy). Szło mi się nieźle, ale okazało się to przysłowiowym gwoździem do trumny. Następny tydzień spędziłem w łóżku, praktycznie nie mogąc chodzić.

2008-10-03

Jagnięcy Szczyt: Tatranska Lomnica – Skalnata Chata – Velka Svistovka – Chata Pri Zelenom Plese – Jahnaci Stit – Chata Pri Zelenom Plese – Biela Voda

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 09:44:08
Tags: , , , ,

Dzień po niezbyt fortunnej wycieczce na Krywań, postanowiłem wybrać się na leżący na wschodnim krańcu Tatr Wysokich Jagnięcy Szczyt (Jahnaci Stit, 2230m npm). Najłatwiejsza droga na niego wiedzie ze Schroniska przy Zielonym Stawie Kieżmarskim. Z kolei do schroniska najłatwiej dostać się żółtym szlakiem poprowadzonym Kieżmarską Doliną (Dolina Bielej Vody) z przystanku SAD w Białej Wodzie. Moja droga do schroniska była nieco inna – z pewnością trudniejsza ale za to mniej monotonna i bardziej atrakcyjna widokowo.
Zacząłem od przyjazdu elektricką do Tatrzańskiej Łomnicy (Tatranska Lomnica) gdzie zakupiłem bilet w jedną stronę na kolejkę kabinową do Łomnickiego Stawu (Skalnate Pleso, 1751m npm). Wyjazd kolejką minął bardzo szybko na oglądaniu masywu Łomnicy. Znad stawu ruszyłem szybkim krokiem czerwonym szlakiem (nieśmiertelna Magistrala Tatrzańska) w kierunku Rakuskiego Przechodu (Sedlo pod Svistovkou, 2030m npm). Wejście zajęło mi niecałą godzinę. Zaoszczędzony czas wykorzystałem na wejście na nieodległą Rakuską Czubę (Velka Svistovka, 2038m npm) i podziwianie spowitego w chmurach Kieżmarskiego Szczytu.

Kieżmarski w chmurach

Kieżmarski w chmurach

Pogoda dopisywała, przez chmury co chwila przebijało słońce, powietrze zaś było rześkie, zapewniające dobrą widoczność. Nie namyślając sie długo, ruszyłem stromym zejściem (w jednym miejscu natknąć się można na łańcuchy) do Zielonej Doliny Kieżmarskiej (Dolina Zeleneho Plesa) i Schroniska przy Zielonym Stawie Kieżmarskim (Chata pri Zelenom Plese, 1551m npm). Zejście zajęło mi ponownie niecałą godzinę, a zaoszczędzony czas tym razem wykorzystałem na posiłek i podziwianie stromych ścian Małego Kieżmarskiego Szczytu.

w dole schronisko przy Zielonym Stawie, w środku doskonale widoczna ścieżka na Jagnięcy Szczyt, po prawej sam Jagnięcy

Panorama doliny Kieżmarskiej: w dole schronisko przy Zielonym Stawie, w środku doskonale widoczna ścieżka na Jagnięcy Szczyt, po prawej sam Jagnięcy

Gdy się już napatrzyłem, ruszyłem szybkim krokiem żółtym szlakiem na Jagnięcy Szczyt. Szlak wiedzie Jagnięcą Doliną (Cervena Dolina) – bardzo często można tu spotkać kozice. Po drodze mija się Modry Stawek (Belase Pleso). Szlak wyprowadza nas po łańcuchach na Kołową Przełęcz (Kolove Sedlo, 2118m npm), a następnie skręca ostro w prawo i wiedzie dalej po północnej stronie grani. Momentami ekspozycja jest spora ale brak tu jakiś większych trudności. Na Jagnięcy Szczyt docieram dokładnie godzinę i trzydzieści minut od wyruszenia ze schroniska. Na szczycie spędzam prawie pół godziny podziwiając niezrównaną panoramę Tatr Bielskich oraz Dolin – Jaworowej i Białki. Na południe rozciąga się widok na Kieżmarską Dolinę oraz niżej położone miejscowości. Widać też doskonale Kołowy Szczyt, Baranie Rogi, Durny, Łomnicę i Kieżmarski. Niestety dalsze szczyty zasłonięte są chmurami.

W drodze na Jagnięcy Szczyt przez Jagnięcą Dolinę

W drodze na Jagnięcy Szczyt przez Jagnięcą Dolinę

Kołowa Przełęcz - w tle majaczy Kołowy Szczyt

Kołowa Przełęcz - w tle majaczy Kołowy Szczyt

Widok z Jagnięcego Szczytu

Widok z Jagnięcego Szczytu

Widok z Jagnięcego Szczytu

Widok z Jagnięcego Szczytu

Zejście ze szczytu tą samą drogą zajmuje mi kolejną godzinę. W schronisku piję chłodne piwo i ruszam żółtym szlakiem do przystanku SAD w Białej Wodzie. Ogłupiające zejście zajmuje mi prawie dwie godziny.

2008-10-02

Krywań: Strbske Pleso – Krivan – Tri Studnicky

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 19:13:03
Tags: , , , , ,

Krywań (Krivan, 2495m npm) przez wiele lat uznawany był za najwyższy szczyt Tatr. Jego charakterystyczna sylwetka (oglądana od polskiej strony) góruje nad innymi szczytami – jest uznawany za narodową górę Słowacji (umieszczono go w hymnie kraju) i – zachowując wszelkie proporcje – jest szczytem odwiedzanym równie tłumnie, co Giewont. Mimo swej wysokości, od strony południowej jest dość łatwo dostępny. Oczywiście wszystko zmienia się, gdy pada deszcz…
Wycieczka na Krywań w moim wykonaniu zaczęła się niewinnie – elektricką dojechałem do Szczyrbskiego Plesa, a stamtąd udałem się nad jezioro o tej samej nazwie. Tutaj urządziłem sobie krótki postój podziwiając panoramę szczytów wyłaniających się z chmur (malutka piramida po lewej stronie, to cel mojej wędrówki – Krywań). Ponieważ przez kilka poprzednich dni nieustannie padał deszcz niezła widoczność dawała nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Jak się okazało później były to nadzieje złudne.
Po krótkim postoju nad jeziorem ruszyłem czerwonym szlakiem (Magistralą Tatrzańską) na wschód. Po około pół godzinie doszedłem do miejsca, gdzie szlak żółty łączy się z czerwonym (Razcestie pod Furkotskou Dolinou), a po kolejnych 30 minutach marszu do miejsca, gdzie z czerwonym szlakiem styka się szlak niebieski (Razcestie pri Jamskom plese). Tym właśnie szlakiem należy podążyć do góry, aby dojść na Krywań. Wcześniej jednak udaję się nad pobliski Jamski Staw (Jamske Pleso), gdzie urządzam sobie krótki posiłek (obejście stawu zajmuje niecałe 10 minut).
Po posiłku zarzucam plecak i niebieskim szlakiem wspinam się na Pawłowy Grzbiet (Pavlov Chrbat). Wieje chłodny wiatr, co chwila zerkam w górę – po niebie przewalają się szare chmury, z rzadka widać słońce i czyste niebo. W połowie podejścia robię się głodny, urządzam więc kolejny postój. Pod koniec posiłku zaczyna kropić deszcz. W takich warunkach dochodzę do miejsca, gdzie szlak niebieski styka się z zielonym (Razcestie pod Krivanom, 2140m npm) – czas dojścia od momentu opuszczenia Magistrali to godzina i trzydzieści minut. Od tego miejsca szlak niebieski wznosi się ostro do góry aż na sam szczyt. Skały są mokre i śliskie, deszcz pada cały czas – raz mocniej, raz słabiej. Szczyt (do którego dochodzę po 30 minutach) widoczny z rozcięcia okazuje się być tylko Małym Krywaniem (Maly Krivan, 2335m npm). Z tego miejsca widać już główny szczyt – a właściwie byłoby widać, gdyż jak na razie zasnuty jest chmurami. Szlak opada do Krywańskiej Przełączki (Daxnerovo Sedlo), a następnie wznosi do góry – rozpoczyna się ostatnie podejście.

Podejście pod Razcestie pod Krivanom - 2140m npm

Podejście pod Razcestie pod Krivanom - 2140m npm

Widok z Razcestie pod Krivanom

Widok z Razcestie pod Krivanom - iść dalej, czy wracać zielonym szlakiem?

O dziwo wiatr rozwiewa chmury – w momencie, gdy po 30 minutach dochodzę do szczytu widoczność jest prawie dobra – przynajmniej po słowackiej stronie.

W drodze na Mały Krywań - spodnie jeszcze suche

W drodze na Mały Krywań - spodnie jeszcze suche

Od strony polskiej zbliżają się kolejne deszczowe chmury. Robię więc szybką sesję zdjęciową i zaczynam powoli schodzić. Znowu zaczyna padać. W oddali słychać grzmot. Po chwili kolejny. Tempo schodzenia wzrasta. Ze szczytu spływają strugi wody. Na śliskich skałach wpadam w poślizg. Na szczęście zejście z kopuły szczytowej nie jest wystawione na ekspozycję. Zaczynam schodzić nieco wolniej. Cały czas przy padającym deszczu dochodzę do szlaku zielonego. Jestem cały przemoczony, burza na szczęście przeszła obok.

Widok z Krywania

Wreszcie widać wierzchołek

Widok z Krywania

Jestem cały przemoczony, zaczynam więc szybko schodzić zielonym szlakiem. W ekspresowym tempie dochodzę do granicy kosodrzewiny, a następnie lasu. Ścieżka staje się bagnista. Za chmur wychodzi słońce i zaczyna mocno przygrzewać. Ściągam przemoczoną kurtkę. Po chwili deszcz zaczyna znowu padać. Nie chce mi się już nawet kląć. W błocie po kostki dochodzę do Trzech Źródeł (Tri Studnicky). Jeszcze tylko 500 metrów asfaltem do parkingu (Podbanske Chata Kapitana Rasu), gdzie urzęduje miły starszy gość (jeździ starą Skodą) pobierający opłaty za zaparkowane samochody, a na lewo sprzedaje najtańsze piwo w okolicy. Czas zejścia ze szczytu – 2 godziny.

Chwilowo odsłonięty szczyt Krywania - widok na pożegnanie

Chwilowo odsłonięty szczyt Krywania - widok na pożegnanie

Popijając piwo zastanawiam się jak dostać się do Szczyrbskiego Jeziora. Po chwili zaczepia mnie dwójka Słowaków proponując podwiezienie – tak oto problem rozwiązuje się samoistnie. Tak też kończy się moja wycieczka na Krywań, którą okupiłem rozbitym łokciem (rezultat poślizgnięcia), przemoczoną kurtką, spodniami i butami. Wszystko to zdążyło na szczęście wyschnąć (albo prawie wyschnąć) do następnego dnia, gdy udałem się na szczyt po wschodniej stronie Tatr Wysokich – na Jagnięcy Szczyt.

2008-09-01

Gierlach: Tatranska Polianka – Sliezsky Dom – Gerlachovsky Stit – Sliezsky Dom – Tatranska Polianka

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 21:02:07
Tags: , , , , , ,

Na Gierlach (Gerlachovsky Stit, 2654m npm) chciałem wybrać się od momentu, gdy zacząłem chodzić po Tatrach. Dawniej na szczyt wiódł szlak ubezpieczony klamrami i łańcuchami. Słowacy usunęli wszystkie łańcuchy oraz oznakowania szlaku i zaczęli robić biznes – na szczyt można wejść tylko w towarzystwie uprawnionego przewodnika (w roku 2008 mógł on zabrać jednocześnie 4 osoby, a koszt takiego przedsięwzięcia to 900PLN – słowacki przewodnik bierze trochę mniej). Można również podjąć ryzyko i wejść na własną rękę korzystając chociażby z opisu drogi zamieszczonej w kultowym już przewodniku Nyki. Przestrzegam jednak przed lekceważeniem Gierlacha – wbrew powszechnej opinii nie jest to prosta góra: są klamry i sporo ekspozycji, zaś przy gorszej pogodzie bardzo łatwo o zgubienie właściwej, wijącej się wśród skał, ścieżki. Tutaj i tutaj można znaleźć pouczające historie jak nie należy wchodzić na Gierlach.
Z przewodnikiem umówiliśmy się po polskiej stronie w Zakopanym o 5 rano. Pakujemy się do samochodu i jedziemy do Tatrzańskiej Polanki (Tatranska Polianka). Stąd busem udajemy się do Śląskiego Domu (Sliezsky Dom, 1670m npm). Koszt wyjazdu (dzięki znajomościom przewodnika) wyniósł tylko 400SKK.
Dokładnie kwadrans przed siódmą wyruszamy spod Wielickiego Stawu (Velicke Pleso). Jest chłodno, słońce dopiero wstaje, wieje jak cholera, ale widoczność zapowiada się rewelacyjna.
Od Wielickiego Stawu idziemy w górę zielonym szlakiem wiodącym przez Wielicką Dolinę (Velicka Dolina) na Polski Grzebień (Polsky Hreben, 2200m npm) przez około 30 minut aż nad dolny brzeg Wielickiego Ogrodu (Kvetnica). Teraz w lewo, już bez znaków, przekraczamy potok i podchodzimy skośnie w prawo, początkowo trawiastym stokiem, a potem po piargach do wylotu Wielickiego Żlebu (Velicky Zlab). Silny wiatr utrudnia podejście. Żlebem tylko kilka metrów, po czym skośnie w prawo w górę pod stromą, eksponowaną, kilkunastometrową ściankę (zwaną Wielicką Próbą). Tutaj robimy sobie krótki odpoczynek – ubieramy uprzęże i wiążemy się liną. Następnie zaczynamy wspinaczkę Wielicką Próbą przy pomocy rozlatujących się klamer (dawniej były tutaj również łańcuchy, ale wredni Słowacy je usunęli, zostały tylko same haki) na łatwiejszy teren ponad nią.

Zielony szlak na Polski Grzebień

Zielony szlak na Polski Grzebień

Próba Wielicka

Próba Wielicka

Dalej w górę zygzakiem wznosimy się trawiasto-piarżystą grzędą, ograniczającą żleb z prawej, a pod koniec skałkami i półeczką skośnie w lewo na wąskie wcięcie Przełączki nad Kotłem.

Podejście na Przełączkę pod Kotłem.

Podejście na Przełączkę pod Kotłem

Wyraźną ścieżką w prawo trawersujemy zbocza Turni Ponad Kotłem (Certova Veza) poprzez żebra i skaliste żlebki aż do szerokiego, piarżystego żlebu spadającego z Lawiniastej Przełączki. W górę skałkami zaraz na lewo od żlebu na przełączkę. Trawersujemy zboczami Małego Gierlacha i dochodzimy do przełączki pod tym szczytem. Można stąd w prawo w ciągu 10 minut wejść na wierzchołek Małego Gierlacha (Kotlovy Stit, 2601m npm). Z przełączki nieco w dół już na stronę Doliny Batyżowieckiej (Batizovska Dolina). Po czym dłuższym trawersem, falistą linią, ale prawie poziomo zboczem Małego i Pośredniego Gierlachu, przekraczając liczne rynny i żebra (znowu klamry, a dawniej również łańcuchy) dochodzimy do ogromnego, głębokiego Batyżowieckiego Żlebu (Batizovsky Zlab). Schodzimy na jego dno, tworzące tutaj rodzaj kotła. Batyżowieckim Żlebem w górę tylko kilkanaście metrów i dalej odgałęziającą się od niego w lewo stromą rynną skalną (kiedyś był tu łańcuch) wprost na wierzchołek Gierlachu.

To małe w dole, to jak sama nazwa wskazuje - Mała Wysoka.

To małe w dole, to jak sama nazwa wskazuje - Mała Wysoka.

Ostatnie podejście na Gerlacha

Ostatnie podejście na Gerlacha

W drodze na ostatnie podejście

W drodze na ostatnie podejście

Czas wejścia wyniósł 3 godziny. Na szczycie urządzamy sobie sesję zdjęciową oraz przerwę na śniadanie. Jest tłoczno, prawie jak na Giewoncie. Na górze spędzamy pół godziny podziwiając fenomenalne widoki: widać doskonale Staroleśny, Sławkowski, Małą Wysoką, Polski Grzebień, Batyżowiecki, Kończystą, Zmarzły, Ganek, Wysoką, Rysy – można by wymieniać i podziwiać godzinami.

Krzyż na szczycie

Krzyż na szczycie

Staroleśny Szczyt, czyli po polsku Staroleśny Szczyt

Bradavica, czyli po polsku Staroleśny Szczyt

Vysoka, czyli Wysoka

Vysoka, czyli po polsku Wysoka

Ze szczytu Gierlachu schodzimy stromą rynną (dawniej łańcuch) i potem w lewo, przez żeberko, do miejsca, gdzie żleb tworzy rodzaj kotła (identycznie jak wchodziliśmy). Teraz w prawo w dół stromo, najpierw po prawej, a potem po lewej stronie żlebu. Wybór drogi ułatwiają wyraźne ślady ścieżki. W dolnej części żlebu (ponad jego obrywem) w lewo przez żeberko i piarżystym żlebkiem w lewo skos nad górną część pionowej sześciometrowej ścianki, zwanej Batyżowiecką Próbą. Schodzimy nią w wielkiej ekspozycji przy pomocy klamer. Dalej w lewo w dół rynną (dawniej przy pomocy łańcuchów), a potem trawers w lewo i stromo w zygzak (klamry) skałami charakterystycznej Białej Ściany do jej podnóża na piargi lub śnieg. Tutaj odpinamy się od liny i ściągamy uprzęże. Idziemy w prawo po piargach Niżnej Batyżowieckiej Równi i w lewo w dół aż nad skalisty próg, zwany Wyżnie Batyżowieckie Spady. Wyraźną ścieżką zakosami poprzez próg, a potem początkowo prawie poziomym, trawiasto-skalistym wałem, a dalej wśród wielkich want dochodzimy nad północny brzeg Batyżowieckiego Stawu (Batizovske Pleso, 1884m npm). Staw obchodzimy lewą stroną i dochodzimy do czerwonego szlaku (Magistrala Tatrzańska) nad jego południowym brzegiem. Zejście zajęło nam dwie godziny.

Żleb Batyżowiecki

Żleb Batyżowiecki

Stąd udajemy się Magistralą do Śląskiego Domu – czas dojścia około godzina, gdzie czekając na busa jemy lekki obiad. Znowu przydają się znajomości przewodnika – kurs na dół do Tatrzańskiej Polanki kosztował nas tylko 300SKK. Pakujemy się w auto i wracamy do Zakopca. Tutaj jemy wreszcie porządny obiad, opijamy wejście na Gierlacha, rozliczamy się z przewodnikiem i wstępnie umawiamy na następną wycieczkę – na Wysoką.

Schemat Doliny Wielickie - wejście na Gerlach

Schemat Doliny Wielickiej - wejście na Gierlach

Schemat Doliny Batyżowieckiej - zejście z Gerlacha

Schemat Doliny Batyżowieckiej - zejście z Gierlacha

2008-08-15

Zawrat (zimą): Murowaniec – Zawrat – Murowaniec

Zaszufladkowany do: Tatry — staruszek @ 12:11:09
Tags: , , , , , ,

Nauczony doświadczeniem poprzedniej zimowej wyprawy w Tatry, tym razem zaopatrzyłem się w jeszcze większy plecak, zabrałem jeszcze więcej niepotrzebnych rzeczy i poczłapałem do Murowańca. Tutaj, już tradycyjnie, miała być nasza baza wypadowa. Plany, jak zwykle, mieliśmy ambitne, życie (i pogoda), jak zwykle zresztą, wszystko zweryfikowały.
Następnego dnia wyruszamy na przetarcie. Ponieważ poprzednim razem nie udało nam się dotrzeć na Zawrat, postanowiliśmy to uczynić tym razem. Pogoda nie jest najlepsza. Jest ciepło i pochmurno. Do Czarnego Stawu Gąsienicowego docieramy bez przeszkód. Przechodzimy przez zamarznięty staw i kierujemy się w stronę Zmarzłego Stawu. Niebo powlekają ołowiane chmury, zaczyna silnie wiać i pada śnieg z deszczem. Jesteśmy twardzi, idziemy dalej.

To białe w dole, to właśnie Czarny Staw Gąsienicowy.

To białe w dole, to właśnie Czarny Staw Gąsienicowy.

Decyzja okazuje się niezwykle trafna, gdyż po chwili wiatr przegania chmury. Do Zmarzłego Stawu dochodzimy w blasku słońca.
Chwila odpoczynku i wyruszamy na Zawrat. Latem szlak wije się w skale ubezpieczonej łańcuchami po lewej stronie Zawratowego Żlebu. W zimie nie widać żadnych łańcuchów. Raki na nogi, czekan w dłoń i pniemy się w górę środkiem żlebu.

Zmarzły Staw za nami, Zawrat przed nami.

Zmarzły Staw za nami, Zawrat przed nami.

Na przełęczy Zawrat (2158m npm) wiosna w pełni – piękna, słoneczna pogoda, od strony Słowacji wieje lekki, ciepły wietrzyk. Delektujemy się więc pięknymi widokami, jemy batoniki, przepijamy gorącą herbatą z termosów.

Widok z Zawratu

Widok z Zawratu.

Widok z Zawratu - w roli głównej Pan Czekan.

Widok z Zawratu - w roli głównej Pan Czekan.

Po chwili od strony Doliny Pięciu Stawów Polskich na Zawrat wdrapuje się dwóch narciarzy z ciężkimi plecakami. Nieco zaniepokojeni pytają się o warunki zjazdu z Zawratu. Dodajemy im odwagi i patrzymy czy przeżyli zjazd. Po chwili sami zaś stosując dupozjazdy zjeżdżamy do Zmarzłego Stawu. Tutaj urządzamy krótki postój, a ponieważ mamy trochę szpeju bawimy się w wspinaczkę lodową na zamarzniętym wodospadzie.

)

Wspinaczka lodowa - Photoshop w akcji :)

Po powrocie do schroniska snujemy przy grzanym piwie plany na następny dzień. Wybór pada na Kościelec. Pełni nadziei kładziemy się spać, a rano czeka nas niemiła niespodzianka. Na zewnątrz słońcie smaży niczym w lecie, a termometr przed schroniskiem pokazuje 15 stopni powyżej zera. W takich warunkach niestety z Kościelca nic nie będzie – jest po prostu za ciepło, przez co wzrosło znacznie zagrożenie lawinowe. Robimy krótką naradę i postanawiamy się przejść gdzieś, gdzie nie dochodzą promienie słoneczne.
Idziemy więc do kolejki krzesełkowej na Hali Gąsienicowej. Okazuje się, że kolejka nie kursuje, bo na górze wieje dość mocno. Od stacji kolejki kierujemy się mniej więcej czarnym szlakiem w stronę Świnickiej Przełęczy, w pewnym momencie skręcamy jednak nieco w prawo i schodzimy ze szlaku. Idziemy w stronę zacienionego Skrajnego Żlebu, który po zaskakująco stromych zboczach wyprowadza nas na Skrajną Przełęcz (2071m npm).

Podejście na Skrajną Przełęcz.

Podejście na Skrajną Przełęcz.

Widok ze Skrajnej Przełęczy na Cichą Dolinę.

Widok ze Skrajnej Przełęczy na Cichą Dolinę.

Na przełęczy rzeczywiście wieje dość mocno. Nie podziwiamy więc zbyt długo widoków, tylko udajemy się w stronę Liliowego i Beskidu, gdzie jak najszybciej chowamy się przed wiatrem po północnej stronie zbocza. Ponieważ z podowu silnego wiatru nie kursują żadne kolejki, na szlaku nie spotykamy żywego ducha, otacza nas biała pustynia. Wracamy do schroniska, prognoza pogody nie jest niestety najlepsza, postanawiamy więc zakończyć nasze tegoroczne zimowe zmagania w Tatrach. Następnego dnia schodzimy do Zakopanego w strugach deszczu.
W lutym. W Tatrach. I niech mi ktoś powie, że nie ma globalnego ocieplenia.
Mimo tego, Tatry zimą to nadal zupełnie inna bajka niż w lecie. Wieczory w prawie pustym schronisku, brak narciarzy na Kasprowym Wierchu, a w konsekwencji nie spotkanie na szlaku żywego ducha – coż, takie rzeczy w Tatrach tylko w zimie.

Następna strona »

Blog na WordPress.com.